Analitycy bezpieczeństwa opublikowali dziś raport o botach w sieci. Wynika z niego, że około 57,5 proc. całego ruchu HTML w internecie na początku czerwca 2026 roku odpowiadały już automaty. Temat leży gdzieś między cyberbezpieczeństwem a analityką, ale jego skutki są bardzo przyziemne: przekłada się choćby na koszty utrzymania infrastruktury twojej witryny.
– Z opublikowanego dziś raportu wynika, że na początku czerwca 2026 roku automaty odpowiadały za około 57,5 proc. całego ruchu HTML, a realni użytkownicy za 42,5 proc. – Autorzy piszą też, że tempo wzrostu okazało się tak duże, iż zaskoczyło nawet samą branżę bezpieczeństwa. – W jednym z raportów odnotowano roczny wzrost ruchu generowanego przez agentów o 7 851 proc. – Wszystko wskazuje na to, że punkt zwrotny pojawił się mniej więcej 18 miesięcy wcześniej, niż wcześniej zakładano. – Zespół przygotowujący raport zwraca też uwagę, że zarządy i zespoły cyfrowe bardzo często nie umieją powiedzieć, jaka część wizyt na stronie pochodzi od agentów, co dokładnie robią one w serwisie, skąd naprawdę przychodzą i czy w ogóle przynoszą jakąkolwiek wartość biznesową. – Część agentów może poprawiać widoczność treści w wynikach wyszukiwania i kierować użytkowników na stronę. – Inne służą do masowego pobierania danych pod trenowanie modeli albo budowę własnych usług, nie zostawiając właścicielowi witryny żadnej korzyści. – Wrzucanie całego takiego ruchu do jednego worka zwykle kończy się kiepskimi decyzjami: albo niepotrzebnym blokowaniem, albo zbyt szerokim otwarciem dostępu. – Raport podaje, że na początku 2026 roku pod Meta-ExternalAgent podszywano się ponad 16 mln razy, ChatGPT-User miał niemal 8 mln fałszywych żądań wykorzystujących jego nazwę, a około 2,4 proc. ruchu podającego się za PerplexityBot miało być nieautentyczne. – Testy przeprowadzone, jak czytamy w raporcie, na 700 tys. popularnych stron pokazały, że większość z nich przyznawała pełny dostęp żądaniom podszywającym się pod znane usługi, bez żadnej realnej weryfikacji.
Przeglądarki agentowe bardziej przypominają zwykłą przeglądarkę, tej samej klasy co ta, z której korzystasz na co dzień, niż klasycznego crawlera. W przeciwieństwie do tradycyjnych botów nie ograniczają się do pobrania strony. Potrafią odtwarzać pełne sesje użytkownika, klikać, przewijać i wykonywać interakcje bardzo podobne do ludzkich.
Najmocniej widać to w e-commerce, handlu i innych branżach, gdzie dużą wartość mają dane transakcyjne, ceny i dostępność produktów. Przy okazji klasyczne wskaźniki, takie jak współczynnik odrzuceń czy czas trwania sesji, coraz słabiej opisują to, co naprawdę dzieje się w serwisie.
Coraz częściej użytkownik dostaje odpowiedź od razu w zewnętrznym interfejsie i w ogóle nie trafia na stronę źródłową. To ogranicza ruch odsyłający i podkopuje dotychczasowe modele monetyzacji.
Na razie wiele organizacji wciąż nie widzi pełnej skali zjawiska. Dopuszczają ruch wyłącznie na podstawie nazwy agenta albo ciągu User-Agent. W praktyce taki mechanizm staje się dla atakującego wygodnym wytrychem.
Jeśli firmy chcą lepiej odróżniać ruch botów od ruchu ludzi, będą potrzebowały solidniejszej weryfikacji tożsamości, dokładniejszego zarządzania ruchem i nowych standardów, które wymuszą większą przejrzystość zasad dostępu do treści. Dochodzi jeszcze koszt infrastruktury, bo według operatorów witryn zgłaszających takie przypadki skoki obciążenia sięgają nawet 20-krotności, i nie są wywoływane przez ludzi, tylko przez automaty.
Dla wielu firm to przestał być techniczny detal. Dziś to pilny problem biznesowy i bezpieczeństwa. Reszta użytkowników musi jeszcze poczekać na bardziej przejrzyste standardy i pełniejszą kontrolę nad takim ruchem.