Sony już wkrótce zorganizuje State of Play

Sony zapowiedziało State of Play na przyszły czwartek, 3.

Zapowiedziane na 15:00 czasu w Hiszpanii, zapowiedzieli, że ujawnią zarówno gry od PlayStation Studios, jak i gry od zewnętrznych studiów.

Ponadto zakończy się ono dłuższym pokazem Final Fantasy VII Revelation, choć nie wyjaśnili, czy będzie to właśnie tego typu materiał z gry.

State of Play z japońskim akcentem

Z kolei, po zakończeniu tego State of Play, zaraz potem odbędzie się jeszcze jedno, ale innego rodzaju: State of Play Japan.

State of Play poprowadzi Yuki Kaji, a samo wydarzenie skupi się wyłącznie na tytułach tworzonych przez japońskie i azjatyckie studia, pokazując zarówno nowe zapowiedzi, jak i nowy gameplay z już zapowiedzianych tytułów.

Dzięki temu ta część świata dostanie osobne miejsce.

Wszystko to będzie można zobaczyć zarówno na kanale firmy na YouTubie, jak i na jej kanale na Twitchu.

To potwierdza tym samym plotki, według których, że we wrześniu dostaniemy State of Play, które zostało właśnie oficjalnie potwierdzone.

Oficjalnie ujawniono rozmiar mapy GTA6: jest ogromna!

Jeśli jest coś, co Rockstar utrzymał w tajemnicy, to jest to rozmiar mapy GTA 6. Pojawiało się wiele spekulacji, jak duża miałaby być, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że rozmiar map w ich grach nie zawsze rósł: mapa z Red Dead Redemption 2 nie jest większa niż mapa z GTA 5. I co zaskakujące, wygląda na to, że ta nowa odsłona zaskoczy nas ogromem swojej mapy.

Gigantyczna mapa

Rob Nelson, szef rozwoju Rockstar, rozmawiał z youtuberem TGG, w której ujawnił, jak duża naprawdę jest Vice City i Leonida w GTA6. Jak podaje TCG, “mapa jest dwa razy większa niż mapa z GTA 5, trzy razy większa od mapy z Red Dead 2. Samo Vice City jest dwa razy większe niż Los Santos, a Vice City i otaczające je dzielnice są 11 razy większe niż Los Santos i jego okolice”.

To budzi obawy, bo nawet to nie objęłoby całej mapy. Nie bez powodu, jak dotąd, ujawniono sześć lokacji: samo Vice City, Port Gellhorn, archipelag Leonida Keys, bagna Grassrivers, Park Narodowy Mount Kalaga i Ambrosia.

Jak to wszystko zmieści się na mapie, dopiero się okaże, ale skoro jest ona dwa razy większa niż mapa z GTA 5, nie wygląda na to, żeby mieli problem z tym, by to wszystko pomieścić. Wygląda więc na to, że dostaniemy grę nie tylko pełną zawartości, ale też ogromną. Dokładnie to, na co czekają wszyscy jej fani.

Nowy film o ‘Pokémonie’ będzie miał za głównego bohatera… grę karcianą!

Na początku było anime, potem gry wideo, a teraz, bez najmniejszych wątpliwości, świat oszalał na punkcie kolejnego produktu opartego na Pokémonach: kolekcjonerskiej gry karcianej! Niektóre z nich sprzedają się za setki tysięcy dolarów, ludzie wydają mnóstwo pieniędzy na otwieranie starych boosterów i, co więcej, cały ten rynek totalnie przypomina rynek NFT: mnóstwo pieniędzy za rysunek. Ale oczywiście, przy takim zainteresowaniu, jak reszta franczyzy miałaby zostać w tyle?

Złap je wszystkie (jeśli masz nieograniczone pieniądze)!

Odkąd Ash Ketchum wygrał Ligę Pokémon, filmy z tej serii zrobiły sobie przerwę. Anime trwa dalej, ale jego bohaterowie nie są nawet w najmniejszym stopniu tak popularni jak Ash. Dlatego fani nie powinni spodziewać się obecności Liko i Roya w filmie, który trafi do japońskich kin po sześciu latach przerwy: Pokémon Wild Card. Jak możesz sobie wyobrazić, film będzie opowiadał o graczu karcianki, któremu towarzyszy jego Mimikyu (nawiasem mówiąc, mój ulubiony Pokémon).

Jedyne, co o nim wiemy, to to, że zadebiutuje w 2027 roku, i mamy mały teaser, żeby zaostrzyć apetyt. Jako spin-off może sobie pozwolić na pójście kompletnie własną drogą i, kto wie, może w ramach reklamy, którą oczywiście będzie, zaoferować nam wystarczająco interesującą, dorosłą historię. Wiemy, że za całość odpowiada CloverWorks, które zrobiło filmy Spy x Family i Fate/Grand Order, a do tego odpowiada za nową serię Evangeliona. Ej, nigdy nie wiadomo: a nuż mamy przed sobą odrodzenie anime o Pokémonach!

To ostatni z całkiem pokaźnej garści zapowiedzi dotyczących Pokémonów, w tym parodii Don Kichota przygotowanej przez Aardman Studios dla Disney+, nowych gier, które pojawią się w przyszłym roku na Switcha 2, czy nowego sezonu Pokémon Concierge. Jedno jest jasne: wraz z rosnącą popularnością saga nie zamierza zostawać w tyle. Czy doczekamy się kiedyś gier wideo i seriali naprawdę dla dorosłych? Można tylko pomarzyć.

Aktorka, która spełniła swoje marzenie o występie w filmie Marvela… aż zobaczyła, jak wycięto wszystkie jej sceny

W komiksach o Spider-Manie Peter Parker zawsze lawirował między kolejnymi partnerkami. To Gwen, to Felicia, to MJ, to Silk. Oczywiście, nie zawsze dobrze się to układało pod tym względem (włącznie z zapomnianymi ślubami, zaginionymi córkami i martwymi dziewczynami), ale ten taniec jest kluczowy, żeby zrozumieć historię superbohatera. Dlatego to, co próbowali zrobić w The Amazing Spider-Man 2, było tak ekscytujące i ważne… z najsmutniejszym możliwym finałem.

Mary Jane już tu nie mieszka

Shailene Woodley, znana dziś z sagi Niezgodna, Motor City, Słodkich kłamstewek czy Tajemnego życia nastolatki, była o krok od przełomu w karierze, grając Mary Jane Watson. Tak, tę samą Mary Jane Watson, o której myślisz, wieloletnią ukochaną Petera Parkera, w drugiej części The Amazing Spider-Mana. Nakręciła swoje sceny, czekała na ostateczny montaż i… No cóż, jeśli widziałeś film, wiesz, że nigdy nie ujrzała światła dziennego.

„To było moje marzenie, bo Spider-Man jest moim ulubionym superbohaterem. Mary Jane była moją ulubioną postacią, kiedy byłam młoda, i kiedy dostałam tę rolę, wydało mi się to bardzo ekscytujące. Nakręciliśmy razem trzy sceny, Andrew Garfield i ja. A potem, rok później, powiedzieli mi: ‘No cóż, nie ma cię już w filmie. Wprowadziliśmy mnóstwo nowych postaci i zobaczymy, co wydarzy się między Gwen Stacy a Peterem”. Innymi słowy: zabijemy Gwen, a potem zobaczymy, co z tobą zrobić.

Rzeczywiście, scenariusz był bardzo długi i trochę głupawy, ale to nie powód, żeby odsunąć na bok postać tak ważną jak ta… zwłaszcza kiedy nigdy nie zrobili The Amazing Spider-Mana 3 i został nam niedosyt związany z Woodley w roli MJ. Może kiedyś? Multiwersum jest przecież bardzo, bardzo rozległe…

Tom Cruise zrobi „Szybki jak błyskawica 2”. Jeden z głównych aktorów pierwszej części już ostrzega, że Anne Hathaway jest „woke”

Pamiętasz Szybkiego jak błyskawica? Nikt by cię nie winił, gdyby odpowiedź brzmiała „Prawda jest taka, że nie”. Minęły 34 lata, odkąd Tom Cruise wsiadł do wyścigowego auta u boku Nicole Kidman, Cary’ego Elwesa, Roberta Duvalla i Randy’ego Quaida. Tak naprawdę to coś w rodzaju nieoficjalnego remake’u Top Guna, który dobrze poradził sobie w box office (bez fajerwerków), ale biorąc pod uwagę sukces Top Gun: Maverick… Czemu by nie spróbować jeszcze raz?

Rozgrzewając silniki

Choć plotkowano, że ta nowa odsłona Szybkiego jak błyskawica będzie crossoverem z F1 i pojawi się w niej Brad Pitt, na razie jedyne, co wiemy na pewno, to to, że dostaniemy Anne Hathaway. To jest jej wielki rok w box offisie i nic dziwnego, że dostaje propozycje tak niewiarygodnie dużych projektów jak ten, który ma już nawet datę premiery: 2 czerwca 2028 roku.

Jednak nie wszyscy są zadowoleni z tego sequela: Randy Quaid, do którego najwyraźniej w wieku 75 lat nie zamierzają zadzwonić z propozycją gościnnego występu, jest bardzo oburzony. Powód? To, że Anne Hathaway jest „woke”. Mamy 2026 rok, a my dalej tkwimy w tej głupocie. Uprzedzam: jego tweety są pełne bzdur w rodzaju Potrzebujemy znowu Nicole Kidman. Nie bądź mięczakiem, Tom. Potrzebujesz oryginalnej partnerki. To nic osobistego, to kino. Anne jest seksowna, bo jeśli nie zauważyłeś, jest w ciąży”. No i wiadomo, kobiety w ciąży nie mogą być seksowne. Niektórzy fatalnie się starzeją.

Szybki jak błyskawica. Lato 2028. pic.twitter.com/rD3QLXfUyi

— Tom Cruise (@TomCruise) 29 sierpnia 2026

Oczywiście nie chodzi o żadne ciąże ani o martwienie się o sequel, tylko o gadanie o swoim, jak przystało na aktora po uszy siedzącego w środowisku MAGA, którym jest: Anne Hathaway jest lewicowa, woke i fatalnym wyborem dla tej części widowni Szybkiego jak błyskawica, która jest MAGA. Dziwne, wygląda na to, że chcą to wypuścić i zaliczyć klapę”. Pamiętacie tę klapę, którą miała być Odyseja, bo była „woke”, i te wszystkie brednie? No to to samo, tylko na czterech kołach.

Już wiemy, ile będzie cię kosztować przejście Fable

W zeszłym tygodniu w Kolonii odbył się Gamescom, jedne z największych targów świata gier wideo. Pojawiły się tam tysiące deweloperów, którzy przyjechali zaprezentować swoje gry, w tym Playground Games, twórcy nowego Fable. A redaktorzy Polygonu mogli z nimi porozmawiać i odkryć kilka nowych szczegółów o grze. Na przykład, jak długo potrwa gra. A będzie to około 15 do 20 godzin.

Krótka gra, ale z masą zawartości

To właśnie powiedział im associate director Will Kennedy „mamy około 15-20 godzin rozgrywki w głównym wątku gry, a do tego kolejne 15-20 godzin zawartości związanej z eksploracją otwartego świata i misjami pobocznymi”. Wyjaśnił przy tym, że choć może się to wydawać mało, ten czas możesz łatwo podwoić, jeśli tylko zaangażujesz się w grę i w to, co ma do zaoferowania. Dodał też, że „mechaniki życia postaci nie mają ograniczeń, więc możesz grać dosłownie wiecznie, jeśli właśnie tego chcesz”.

Tak więc choć gra może nie będzie aż tak mastodontyczna jak inne RPG, bez wątpienia zaoferuje nam aż nadto zawartości. I nie będziemy też musieli czekać całej wieczności, żeby to sprawdzić. Fable zadebiutuje na PlayStation 5, Xbox Series X|S i PC już 27 lutego 2027 roku.

„Simpsonowie” właśnie wypuścili nowy odcinek. Jest inny od wszystkiego, co do tej pory widziałeś, i chce całkowicie zmienić serial.

Już od dawna nawet my, zagorzali fani Simpsonów, jesteśmy zmęczeni. Widzieliśmy te same odcinki tysiąc razy i wciąż znajdujemy nowe gagi, ale serial ugrzązł, w swoich współczesnych odcinkach, w morzu przeciętności, z którego ratują się tylko pojedyncze epizody, takie jak Spikselowani i bojaźliwi albo Poważny Flanders (jeśli ich nie widziałeś, masz już zadanie domowe). Serial odkrył, że jest lepszy, kiedy odnosi się do samego siebie albo kiedy grzebie w przeszłości, żeby zaskoczyć jedynych widzów, którzy zostali: tych od zawsze. I w tym duchu ostatni specjal przygotowany wyłącznie dla Disney+ pokazał krótki film, który zachwyci wszystkich fanów, którzy od dekad śledzą te przygody.

Tacy nie byliśmy

W środku 2. sezonu Simpsonów, w ledwie rozpoczętym 1991 roku, Homer i Marge opowiedzieli historię tego, jak poznali się w liceum w 1974 roku. Odcinek nazywał się Takimi byliśmy, okazał się solidnym sukcesem i położył podwaliny pod historię miłości rodziców tej rodziny, której wiele osób nie rozumiało. Minęło 35 lat od jego emisji i Simpsonowie nie tylko wciąż istnieją, ale wrócili do swojego klasycznego stylu animacji, żeby opowiedzieć o alternatywnym uniwersum, w którym Marge nie istniała, Homer nigdy się nie ożenił i został milionerem wbrew sobie.

Odcinek, o którym mowa, nazywa się Yellow Mirror i nawiązuje do Black Mirror, by opowiedzieć dwie „dziwne” historie o rodzinie, na modłę halloweenowych specjalów. Druga to bunt tabletów przeciwko miasteczku dowodzony przez Maggie Simpson, która zdecydowanie nie zrozumiała, że dzieci powinny być z dala od ekranów i który, szczerze mówiąc, cierpi na bardzo wiele problemów współczesnej serii. Ale pierwsza, ach pierwsza, to czysta rozkosz. Mamy w niej alternatywny wszechświat, w którym Homer, mając dość słuchania po raz kolejny historii o tym, jak się poznali, wpatruje się z bardzo bliska w lampę, aż odkrywa, w samym środku retrospekcji, że uderzył w ścianę (żart, który, owszem, jest w oryginalnym odcinku)… a gdy się budzi, okazuje się, że wyobraził sobie całe swoje życie.

Wszystkie wątki Simpsonów, włącznie z tym, w którym Bart ma słonia, wydarzyły się w jego wyobraźni i, niczym obłąkany Matt Groening, tworzy serial o tej rodzinie, z którą żył, w swojej głowie, przez lata: Sadsonowie. To zarazem celebracja dziedzictwa Simpsonów, smutna historia, refleksja o sławie i odcinek pełen gagów, jakich dawno nie widzieliśmy. Na końcu Homer staje się czymś w rodzaju absolutnego stwórcy, szalonego, obłąkanego, gotowego na wszystko, by wrócić do swojego normalnego życia, tego, które tylko sobie wyśnił. A może jednak nie?

To nie pierwszy raz, kiedy serial bawi się samym sobą (jest przecież słynny „ostatni odcinek” albo ten raz, gdy Anonymous „zhakowali” sygnał), ale prawdą jest też, że w morzu przeciętności, do jakiego przyzwyczaił nas sezon po sezonie, miło zobaczyć, że Simpsonowie potrafią zrobić coś więcej niż powtarzalne odcinki z przeciętnymi żartami. Kiedyś byli królami i ten odcinek pokazuje, że wciąż mogłoby tak być. Potrzebują tylko odrobiny wysiłku i przypomnienia sobie, że sercem serialu nigdy nie były żarty z przemocy fizycznej, tylko rodzina, która mimo wszystko się kocha. Nie trzeba uderzyć się w głowę i przepisać przeszłości, żeby to wiedzieć, ale oby im to posłużyło, żeby to przemyśleć.

Steve Jobs rwałby sobie włosy z głowy: oto zakazane akcesorium, które Apple przetestowało dla iPhone’a Ultra

Apple stoi u progu wprowadzenia nowej kategorii produktów wraz z iPhone’em Ultra, pierwszym składanym iPhone’em w historii. Ponieważ wydarzenie premierowe zostało już zapowiedziane na 9 września, a jego oficjalna nazwa wciąż czeka na potwierdzenie, sporo jest tego, co, jak sądzimy, wiemy o tym nowym urządzeniu. A teraz, na nieco ponad tydzień przed premierą, plotki wskazują, że w Cupertino testują wewnętrznie Apple Pencil dla iPhone’a Ultra. Pomysł niemal nie do pomyślenia w iPhonie, którego Steve Jobs zaprezentował w 2007 roku.

Apple Pencil zaprojektowany dla iPhone’a Ultra

Jak podaje Mark Gurman w Bloomberg, Apple stworzyło Apple Pencil krótszy od wersji dla iPada. Dzięki swoim rozmiarom nie wystawałby z zamkniętego urządzenia i, tak jak robią to już pozostałe rysiki firmy, magnetycznie przyczepiałby się z boku, ułatwiając przechowywanie i przenoszenie oraz parowanie i ładowanie.

Według plotek rozmiar wewnętrznego ekranu iPhone’a Ultra blisko rozmiaru iPada mini i dlatego powinny pojawić się aplikacje z iPada, gdy używamy urządzenia po rozłożeniu, wtedy Apple Pencil miałby sens, choć sporo trzeba doprecyzować.

Steve Jobs miał bardzo wyraźne zdanie na temat rysików

Podczas prezentacji pierwszego iPhone’a Jobs odniósł się do bardzo niskiej jakości rysików z tamtej epoki i postawił na sterowanie nowym urządzeniem palcami. Teraz niemal dwie dekady później Apple rozważa takie rozwiązanie dla urządzenia, które nosi tę samą nazwę, ale bardzo różni się od oryginalnego iPhone’a.

Na razie wszystko wskazuje na to, że ten Apple Pencil pozostanie wewnętrznym eksperymentem. Składany format iPhone’a Ultra zasadniczo zmienia sposób korzystania z rysika po rozłożeniu urządzenia, podczas gdy jego wewnętrzny ekran wymaga szczególnej ostrożności przy kontakcie ze sztywną końcówką.

Mimo to sam fakt, że Apple zaprojektowało i przetestowało tego akcesorium, pokazuje, do jakiego stopnia bada możliwości iPhone’a Ultra. Bez wątpienia Apple posuwa koncepcję iPhone’a dalej niż kiedykolwiek i z modelem Ultra szybko zbliża się do wizji tego iPhone’a, o którym Steve Jobs zawsze marzył.

Nadchodzi OpenClaw 2.0: aktualizacja, która na zawsze zmieni nasz sposób pracy

OpenClaw 2.0 jest już dostępny. Największa aktualizacja w krótkiej, ale wyrazistej historii tego narzędzia AI otwiera, według jego twórców, nowy etap. OpenClaw 2 powstał dzięki 933 współtwórcom, z których 569 uczestniczyło po raz pierwszy, oraz ponad 16 000 pull requestów do projektu. Mamy do czynienia z ogromnym skokiem pod względem możliwości i elastyczności kluczowego narzędzia dla tych z nas, którzy chcą, by AI przeszła od odpowiadania na pytania do pomagania nam w codziennych zadaniach.

Prostsza instalacja i przeglądarka, która odgrywa tu kluczową rolę

OpenClaw 2 podczas instalacji wykrywa subskrypcje ChatGPT lub Claude, które możemy mieć, nasze klucze API i dostępne modele lokalne. Przy bardzo niewielkiej dodatkowej konfiguracji możemy znacznie szybciej zacząć pierwszą rozmowę i nawet dokończyć tę samą konfigurację, rozmawiając już z naszym Claw. Podejście, które widzieliśmy już w innych narzędziach, w tym w integracji ChatGPT z apkami na Macu.

Po początkowej konfiguracji główną wielką nowością jest aplikacja przeglądarkowa. Stamtąd możemy rozmawiać, kontynuować zadania, które już mamy w toku, i aktywnie śledzić pracę. Podobnie jak w Claudezie sterującym komputerem najciekawsze jest to, że tutaj zaczynamy od prostego zadania lub automatyzacji i ją rozwijamy.

Możemy na przykład pilnować naszych maili, odzyskiwać informacje z naszych usług albo odpowiadać na wiadomości, które docierają do nas z różnych kanałów. I tu pojawia się trzecia wielka nowość, bo w OpenClaw 2.0 sesje pozwalają nam dodawać inne osoby i dzielić się naszymi zadaniami z zachowaniem kontekstu.

To podejście, które pasuje do systemów wieloagentowych takich jak Astra od OpenAI, gdzie w realizację zadania zaangażowanych jest kilka podmiotów, w tym przypadku ludzi lub agentów AI. Całkowicie nowy sposób pracy i taki, który będziemy chcieli bardzo dokładnie zbadać, biorąc pod uwagę jego ogromny potencjał.

Joe Dante nienawidził ‘Space Jam’ do tego stopnia, że nakręcił swój wymarzony film o Looney Tunes. Poległ (ale jest o wiele lepszy)

W obliczu zbliżającej się premiery Coyote vs ACME warto przypomnieć, że Looney Tunes mieli już taki czas, kiedy kino wydawało się, z nimi w rolach głównych, otwartą drogą do sukcesu: w 1996 roku Space Jam był pokoleniowym hitem i położył podwaliny pod przyszłość franczyzy… która w 2003 roku skończyła się na niczym wraz z Powrotem do akcji, filmem o niebo lepszym pod każdym względem, ale takim, który nigdy nie zdołał odnieść sukcesu w box office. Aj

To już wszystko, przyjaciele!

Jego reżyserem był Joe Dante, najbardziej znany z Gremlinów, i miał tylko jeden powód, żeby go zrobić: wymazać Space Jam z pamięci. Z jednej strony w Warner chcieli kolejnej kontynuacji (jak Spy Jam czy Skate Jam, które ostatecznie nie powstały), ale Dante chciał zrobić coś innego: „Postacie ze Space Jam nie przystają do wizji, jaką o nich mam. Chciałem zrobić anty-Space Jam”, wspomina teraz.

Choć reżyser nie uważał, że scenariusz jest zbyt dobry, jego powód, by go wyreżyserować, jest nie do podważenia: Gdybym ja tego nie zrobił, ktoś inny zatańczyłby, jak mu Warner Bros zagra, i byłby to kolejny film jak Space Jam. Moim celem było zrobić coś, co spodobałoby się Chuckowi Russellowi (legendarnemu reżyserowi Looney Tunes)”. Film nie wyszedł źle, mimo że aż 29 scenarzystów przepisywało żarty. Skończyło się na tym, że najlepsza okazała się pierwsza wersja.

W rezultacie widać sympatię Dantego do tych postaci, ale jasne, to nie była wersja, którą chciałby wypuścić. Budżet wystrzelił, wszyscy w Warner patrzyli przez lornetki, próbując chronić własność intelektualną, której nie rozumieli… I rezultat był, nieuchronnie i po wydaniu fortuny na jego realizację, rozczarowujący. Nie mogło być inaczej: są rzeczy skazane na porażkę.