Ocarina of Time: wyciekła cena remake’u przed dzisiejszym Directem

Australian Nintendo Store jeszcze przed dzisiejszym Nintendo Directem wycenił remake The Legend of Zelda: Ocarina of Time na 94,95 AUD, czyli po przeliczeniu 59,99 euro. Do tej pory Nintendo bardzo pilnowało, żeby do sieci nie przedostały się żadne konkrety na temat remake’u The Legend of Zelda: Ocarina of Time, który ma być jedną z największych premier firmy w tym roku.

Teraz jednak wygląda na to, że cena widoczna w Australian Nintendo Store mogła zdradzić pierwszy istotny szczegół o grze. A z tego da się już wyciągnąć pewne wnioski: czego można się po niej spodziewać i co właściwie dostaniemy, kiedy w końcu trafi w nasze ręce.

Cena ujawniona przed czasem

Zgodnie z wyceną w Australian Nintendo Store gra została oznaczona ceną 94,95 AUD, co po przeliczeniu daje 59,99 euro.

To dokładnie ten sam pułap cenowy, z którym niedawno wystartowało świetne Yoshi y el libro misterioso, a także remake Star Foxa, choć ten ostatni dla części graczy mógł okazać się po prostu trochę zbyt skromny. To z kolei sugerowałoby, że tyle zapłacimy za wersję cyfrową, podczas gdy wydanie fizyczne byłoby zapewne nieco droższe i kosztowałoby 69,99 euro dla osób, które chciałyby dorzucić je do swojej kolekcji właśnie w tej formie.

Jeśli ta cena faktycznie się potwierdzi, najbardziej prawdopodobny wydaje się remake zrobiony na modłę Star Foxa.

A to oznaczałoby przede wszystkim bardzo solidny lifting graficzny, który odświeżyłby grę i pokazał możliwości Nintendo Switch 2, ale bez większego ruszania mechanik czy zawartości znanej z oryginału. Jeśli więc cena rzeczywiście jest jakąś wskazówką, ci, którzy liczą na radykalną przebudowę gry, a nie po prostu tę samą przygodę w nowej oprawie, mogą poczuć po tym remake’u spory niedosyt.

Tak czy inaczej, długo na odpowiedź czekać nie będziemy. Już dziś po południu odbędzie się specjalny Nintendo Direct poświęcony serii The Legend of Zelda, podczas którego zobaczymy więcej z The Legend of Zelda: Ocarina of Time.

I bardzo możliwe, że właśnie wtedy Nintendo wreszcie odsłoni wszystkie szczegóły gry.

Oscary mają nową potencjalną kandydatkę i to najdziwniejszy dokument, jaki zobaczymy w życiu

A24 niespodziewanie pokazało w zeszłą niedzielę na festiwalu filmowym w Telluride swój nowy film: You Can See Everything, autorstwa Nathana Fieldera i Lance’a Oppenheima. To dokument śledzący Elizabeth Holmes na trzydzieści cztery dni przed tym, jak trafi do więzienia, w olbrzymiej, 174-minutowej epopei non-fiction, która wprawiła uczestników pokazu w osłupienie. Są tacy, którzy twierdzą, że równie dobrze może się okazać najbardziej zaskakującego kandydata do Oscarów w tym roku.

Oszustwo na miliardy

Elizabeth Holmes to bardzo kontrowersyjna postać, o której powstało już kilka dokumentów. Przedsiębiorczyni i założycielka medyczno-technologicznej firmy Theranos twierdziła, że zrewolucjonizowała badania krwi, opracowując technikę, która wymagała minimalnej ilości krwi do ich przeprowadzania. Wszystko to doprowadziło do oszustwa, dzięki któremu zdołała wyłudzić ponad 9 miliardów dolarów i za które zostałaby skazana na ponad 10 lat więzienia po tym, jak nie udało jej się uzyskać prezydenckiego ułaskawienia od obecnego prezydenta Donalda Trumpa.

Z kolei Nathan Fielder jest bardzo osobliwą postacią we współczesnym świecie audiowizualnym. Znany z seriali Nathan for You, w którym wcielał się w wersję samego siebie, próbując pomagać firmom w tarapatach za pomocą niezwykle rozbudowanych i surrealistycznych kampanii marketingowych, oraz The Rehearsal, w którym wcielał się w sfabularyzowaną wersję samego siebie z lękiem społecznym, oferującą usługi pozwalające przećwiczyć niezręczne lub trudne sytuacje z życia, zanim się wydarzą, jego styl komedii i dokumentu nieustannie zaciera granice między fikcją a rzeczywistością. To samo, jak się wydaje, dzieje się z równą intensywnością w You Can See Everything.

Premierę zaplanowano na październik ambicją A24 jest, by film mógł powalczyć o tegoroczne Oscary. I ma ku temu potencjał, biorąc pod uwagę dorobek Fieldera i to, jak na przestrzeni lat balansował na cienkiej granicy między humorem a filozofią egzystencjalną. O tym, jak wypadł ten, bez wątpienia, osobliwy eksperyment, będziemy mogli się przekonać, kiedy trafi na ekrany.

Mamy nowy zwiastun anime Sekiro i jego reżyser nie chce, żebyś go zobaczył

Jesień wydaje się pomyślana dla miłośników gier wideo. Poza tym, że jest napakowana wielkimi premierami, z których większość omija GTA 6, mamy też adaptacje anime dwóch wielkich tytułów. Pierwsza z nich trafi na Netflix z drugim sezonem Cyberpunk: Edgerunners. Druga na Crunchyroll z filmem o Sekiro, zatytułowanym Sekiro: No Defeat, który właśnie dostał zwiastun. Co zaskakujące, jego reżyser, Kenichi Kutsuna, nie chce, żebyś go oglądał.

Scena, która zdradza za dużo

W każdym razie ma ku temu dobre powody. Jak oświadczył na swoim koncie na X, serwisie społecznościowym wcześniej znanym jako Twitter, „Jest już za późno, chociaż nie ma spoilerów fabularnych. Ale jest scena, której nie powinno się ujawniać, z zabiegiem reżyserskim, która trafiła do internetu. Chciałbym, żebyście nie oglądali tego wideo i poszli do kina”.

Chodzi o pojedynek między Okami a Isshinem, o którym nie zdradzimy nic więcej, ale który oczywiście możesz zobaczyć, jeśli chcesz, w zwiastunie, który ci podlinkowaliśmy. Bo choć film miał już premierę w japońskich kinach, wciąż nie wiemy, kiedy zadebiutuje na Zachodzie, czy trafi do kin, i kiedy pojawi się na Crunchyrollu w streamingu. Dlatego musimy uzbroić się w cierpliwość, żeby móc go zobaczyć. I unikać spoilerów, które na pewno wkrótce zaczną o nim krążyć.

Onimusha: Way of the Sword sprzedaje ponad milion kopii w dniu premiery

Capcom jest w ostatnich latach na fali sukcesów. Monster Hunter Wilds okazał się totalnym hitem, nawet mimo problemów, jakie miała jego premiera na PC. Dzięki Resident Evil requiem i Pragmata udało mu się ugruntować swoją pozycję jako jedna z czołowych firm 2026 roku. I wygląda na to, że chciał potwierdzić to premierą Onimusha: Way of the Sword, które osiągnęło wielki kamień milowy już w dniu swojego debiutu.

Gra, która okazała się sprzedażowym hitem

Bo ostatnia gra z serii Onimusha, która przez 20 lat nie doczekała się nowego tytułu, sprzedała milion egzemplarzy w dniu premiery. To sprawia, że cała franczyza przekracza 10 milionów sprzedanych egzemplarzy łącznie. Liczba, która może wydawać się skromna, ale biorąc pod uwagę, że mowa o sadze mającej zaledwie pięć tytułów, z których cztery ukazały się na PlayStation 2, wcale nie jest zła.

Onimusha: Way of the Sword ukazało się 4 września, spotykając się z wyraźnym uznaniem ze strony krytyki i publiczności. Dostępne na Nintendo Switch 2, PlayStation 5, Xbox Series X|S i PC, zdaje się mieć wszelkie zadatki, by zostać jednym z najważniejszych tytułów tego roku i jednym z kandydatów do GOTY. Przynajmniej jeśli pozwolą mu na to inne tytuły Capcomu i GTA 6.

Civilization obchodzi 35-lecie wraz z pierwszym płatnym rozszerzeniem swojej siódmej odsłony

Firaxis Games świętuje 35. rocznicę Sid Meier’s Civilization. Ważna data dla serii, która zdefiniowała strategię 4X, nadając jej kształt, a zarazem pozostając serią, która nawet dziś wciąż jest najważniejsza i najbardziej ceniona w swoim gatunku. Dlatego nie powinno nas dziwić, że postanowili rozpocząć obchody od dopracowania swojego najnowszego tytułu, siódmej części, nowym płatnym dodatkiem. Jego pierwszym dużym rozszerzeniem.

Aktualizacja godna gwiazd

Nosi nazwę Earthrise, ukaże się w 2027 roku i skupi się na wyścigu kosmicznym. W tym celu będziemy musieli przejść od eksplorowania nocnego nieba i poznawania tego, co nas otacza, do pierwszych misji orbitalnych, do badania głębokiego kosmosu, a także do odkrywania sposobów na przeciwdziałanie niektórym z największych problemów naszych czasów, takich jak zmiana klimatu czy nasilające się klęski żywiołowe. To będzie niezbędne, jeśli chcemy osiedlić się na innych planetach, zważywszy na panujące tam wrogie warunki.

Z kolei jeszcze przed tym nowym rozszerzeniem pojawią się wcześniej dwie darmowe aktualizacje, które posłużą za przedsmak tego, co dopiero nadejdzie. Pod koniec tego września pojawi się aktualizacja 1.5.0, która wprowadzi mapę Ziemi z rzeczywistymi lokalizacjami startowymi, a także różne poprawki, które doszlifują niektóre aspekty gry. Już w 2027 roku pojawi się Arc of Tomorrow, duża aktualizacja, która wprowadzi nową erę: Erę Atomową, obejmującą okres od 1950 roku do niedalekiej przyszłości. Ta z kolei obejmie nowe drzewka technologiczne, powrót Gandhiego jako przywódcy, a także nowe narzędzia zarządzania imperium.

Wraz z tym wszystkim Civilization VII coraz wyraźniej ugruntowuje się jako odsłona dobrze osadzona w kanonie serii po dość trudnym początku. Ale żeby zobaczyć, jak to wszystko się ułoży, wciąż będziemy musieli poczekać do 2027 roku. I zobaczyć, co jeszcze przyniosą nam obchody tej 35. rocznicy.

Nintendo zapowiada dwa Directy jeszcze w tym tygodniu.

Nintendo zwykle nie zapowiada z wyprzedzeniem swoich Directów, ale tym razem zrobiło wyjątek. Być może dlatego, że dostaniemy nie jeden, a dwa, i jeden z nich będzie bardzo wyjątkowy. Bo ogłosili, że we wtorek 8 września i w środę 9 września czekają nas dwa Nintendo Direct, z których pierwszy będzie poświęcony 40. rocznicy The Legend of Zelda, a drugi będzie ogólny i poświęcony zapowiedziom zarówno gier first-party, jak i third-party.

Remake, który chcemy zobaczyć

Po pierwszym z nich możemy się spodziewać przede wszystkim czegoś bardzo oczywistego: pierwszego konkretnego pokazu remake’u The Ocarina of Time. Choć mogliśmy już zobaczyć bardzo krótki teaser, wciąż nie widzieliśmy nic z jego rozgrywki i to właśnie tutaj liczymy, że ją zobaczymy. Też można się spodziewać nowych informacji o filmie, którego premiera przypada na 30 kwietnia 2027 roku, i nie byłoby niczym dziwnym, gdybyśmy zobaczyli jakąś nową zapowiedź związaną z serią. Pewnie jakiś rodzaj składanki gier, którą będzie można kupić tylko przez ograniczony czas, tak jak zrobili to z okazji rocznicy Super Mario.

Z kolei o ogólnym Nintendo Direct nie wiemy nic. Nie było żadnych przecieków, poza tym, że brazylijska klasyfikacja wiekowa ujawniła remake Romancing SaGa 3, Romancing SaGa 3: Destinies United, który spokojnie mógłby się pojawić na tym Direct. Ale poza tym, znamy tylko jeden ważny szczegół: będzie dotyczył wyłącznie grach na Nintendo Switch 2.

W każdym razie, żeby rozwiać wątpliwości, nie będziemy musieli długo czekać, biorąc pod uwagę, że odbędą się 8 i 9 września o 16:00 czasu obowiązującego w kontynentalnej części Hiszpanii i że potrwają odpowiednio około 30 i około 45 minut. Więc szykuj się, bo wygląda na to, że Nintendo ma w zanadrzu więcej niż jedną niespodziankę.

Dokument Netflixa o Raygun, viralowej tancerce breakdance’u z igrzysk olimpijskich, wkurza widzów… i słusznie

Ostatnie olimpiady były przykładem pokonywania własnych ograniczeń i ducha sportu. To nigdy się nie zmienia. Ale był też spektakl, który nie zostanie zapamiętany właśnie za to, że reprezentował to, co najlepsze w sporcie i człowieczeństwie. Stało się to podczas pokazu breakdance’u, o którym jeszcze przed Igrzyskami zdecydowano, że w przyszłych edycjach nie stanie się sportem olimpijskim, gdy jedna z uczestniczek dała pokaz, który wstrząsnął całym światem. I wcale nie ze względu na jego jakość.

Raygun zadebiutowała na olimpiadzie i wprawiła wszystkich w osłupienie ruchami, które nie przypominały breakdance’u. Ani czegokolwiek choć odrobinę artystycznego czy sportowego. Wywołując przez całe dni dyskusje o tym, kto, jak i dlaczego dopuścił ją do startu na IO, była jedną z największych sensacji tamtych Igrzysk. A teraz Netflix wypuszcza dokument o niej, Untold Raygun: Breaking Badly, który jest równie kontrowersyjny jak sama jego bohaterka.

Trochę kontekstu

Dokument przede wszystkim pokazuje nam, skąd wzięła się Raygun, naprawdę nazywająca się Rachael Gunn. Odkrywając świat breakingu za sprawą Samuela Free, który został jej trenerem, a dziś jest jej mężem, poświęcała swój czas na naukę tej mieszanki sztuki i sportu przez lata rywalizując w rodzinnej Australii. Żeby pokazać nam jej oddanie, dokument wykorzystuje dwie postacie, z którymi rywalizowała przez dziesięć lat swojego życia: Flix i Tinylocks.

To nie brzmi zbyt przekonująco, kiedy żadna z dziewczyn ani przez chwilę nie wydaje się chcieć uznać zasług Gunn. Cały czas unikając dostrzeżenia u niej jakiegokolwiek talentu oraz uznania jej zasług i nazywając ją kilkakrotnie „dziwną i wyjątkową”, dokument, choć uparcie próbuje pokazać Gunn w pozytywnym świetle, ani razu tego nie osiąga. Zwłaszcza gdy obie wydają się ogromnie zaskoczone, kiedy Gunn zdołała zakwalifikować się, by reprezentować Oceanię na Igrzyskach Olimpijskich po wygraniu turnieju kwalifikacyjnego.

Od tego momentu dokument koncentruje się na świadomości Gunn, że nie staje na wysokości zadania. Że wszystkie pozostałe uczestniczki znacznie ją przewyższają techniką i znajomością breakdance’u. Co wywołuje u niej ogromny lęk.

To tutaj dokument okazuje się najszczerszy i najciekawszy. Kiedy próbuje pokazać nam kobietę bezbronną i taką, która naprawdę nie była świadoma tego, co robi, uświadamiając sobie, co się dzieje. To właśnie tam w tym dokumencie jest coś autentycznego i interesującego, coś, co rzuca światło na coś, o co wszyscy pytaliśmy, jak to możliwe, że coś takiego wydarzyło się na Igrzyskach Olimpijskich? Niestety, nie to interesuje ten dokument.

Katastrofalny finał

Finał dokumentu stawia przed kamerą jej trenera i męża, by powiedział, że „występ trafił do ludzi, czy to poprzez autentyczne emocje i rozrywkę, czy poprzez oburzenie. Wywołał debatę i sprawił, że cały świat o tym mówił”, jakby to było najważniejsze, co mamy wynieść z tego, co wydarzyło się z Gunn. Tym samym właściwie rujnując wszystko, co oglądaliśmy do tego momentu.

Jeśli dokument ma w sobie coś interesującego, przynajmniej jakaś jego część, to właśnie to, że unieważnia tę perspektywę. Że stwierdza, iż nie wszystko wolno. Że wywoływanie debaty, sprawianie, by ludzie mówili bez żadnej ku temu motywacji, bez szukania czegoś konkretnego do powiedzenia, niczemu nie służy; sztuka musi dążyć do wywołania konkretnej emocji albo myśli, bo inaczej jest aktem bezużytecznym. To nic więcej niż puste gesty nieudacznika albo idioty. Ale finał dokumentu pokazuje, że tego nie zrozumieli. Ani odpowiedzialni za dokument, ani Free, ani sama Gunn: nie wszystko wolno.

To jest najsmutniejsze. Że mimo przejścia przez to wszystko nadal tego nie rozumie. Że po przywłaszczeniu sobie miejsca, które mogło przypaść komuś bardziej odpowiedniemu, kto mógł wyrazić coś autentycznego i szczerego i kto naprawdę chciałby przekazać coś konkretnego i określonego, nadal nie rozumie, co zrobiła i dlaczego to nie jest w porządku. I zrobiła dokument, żeby spróbować wmówić nam, że to w gruncie rzeczy jest w porządku. To jest najsmutniejsze ze wszystkiego. Że nadal nie rozumie własnej nędzy, którą teraz sprzedaje nam na Netflixie.

Jeśli podoba ci się The Witcher 3, nie możesz przegapić tej gry o wampirach od reżysera The Witchera 3

The Witcher 3: Wild Hunt to jedna z tych gier, które nigdy się nie kończą. Nieważne, ile godzin w nią włożysz, zawsze jest jeszcze coś do zrobienia i zawsze jest powód, żeby wrócić. Powód jest oczywisty. Jej charyzmatyczne postacie, jej znakomite wątki poboczne i uzależniające, bardzo interesujące systemy. Jeśli do tego dodamy jeszcze, że w CD Projekt przez lata ją rozbudowywali, trudno znaleźć powód, żeby do niej nie wracać, kiedy wydawało się, że już się od niej uwolniliśmy.

Ale po 11 latach każda gra się wyczerpuje. Nawet jeśli się nie kończy. Dlatego to normalne, że nawet najbardziej zagorzały fan szuka gry, w którą mógłby się wgryźć. I nigdy nie było to trafniejsze. Bo gra, która ma ją zastąpić, jest o wampirach i stworzył ją ten sam reżyser, który odszedł z CD Projekt. Nazywa się The Blood of Dawnwalker i aspiruje do bycia nowym The Witcherem.

Bledszy Geralt

Założenie nie mogłoby być prostsze. W XIV wieku zaraza pustoszy królestwo w Karpatach. Wykorzystując sytuację, stary wampir przejmuje władzę, obiecując ludziom swoją krew, która daje odporność na zarazę, w zamian za ich wasalstwo, co prowadzi do reżimu opresji. To właśnie wtedy nasz protagonista, Coen, próbuje zostać przemieniony w wampira, ale z nieznanych przyczyn kończy jako coś innego: Dawnwalker. Ani człowiek, ani wampir, coś trzeciego. Ale wampiry uznają go za martwego i porywają jego rodzinę, dając Coenowi trzydzieści dni na uratowanie swojej rodziny, albo zginą z rąk wampirów.

Od tego momentu jest tu wszystko, czego możemy oczekiwać od Action RPG-a w stylu The Witchera 3. Musimy eksplorować, wykonywać misje poboczne, rozwijać fabułę i odkrywać wszelkiego rodzaju sekrety. Ale z jednym wyraźnym ograniczeniem. Mamy trzydzieści dni i trzydzieści nocy, by ukończyć grę, zanim skończy się czas. To nie podlega dyskusji i musimy o tym pamiętać.

To sprawia, że gra wydaje się też bardziej intensywna i ekscytująca. Nie tylko musimy iść naprzód, ale musimy robić to świadomie. W miarę jak zbliżają się ostatnie dni, czujemy presję i groźbę wampirów, co skłania nas, by coraz bardziej się do nich zbliżać. I choć to, że zabraknie nam czasu, nigdy nie jest realnym zagrożeniem, to ograniczenie okazuje się ekscytujące i interesujące, gdy stale ma się je z tyłu głowy.

Zespół dobrze znający ten typ gier

Nie powinno nas też dziwić, że w Rebel Wolves, studiu tworzącym The Blood of Dawnwalker, zdają się doskonale znać składniki dobrego Action RPG-a tego typu. W końcu sami stworzyli już taką grę. Jego reżyserem jest Konrad Tomaszkiewicz, reżyser The Witcher 3: Wild Hunt i szef produkcji Cyberpunka 2077, który opuścił swoje stanowisko w CD Projekt w maju 2021 roku po wewnętrznych dochodzeniach w sprawie zarzutów o mobbing.

Potem, w lutym 2022 roku, założył Rebel Wolves wraz ze swoim bratem Mateuszem oraz dyrektorem designu Danielem Sadowskim, dyrektorem narracji Jakubem Szamalkiem i dyrektorem artystycznym Bartłomiejem Gawłem, z którymi pracował przy serii The Witcher i Cyberpunk 2077. Tym samym przenieśli całą wiedzę, jaką wynieśli z CD Projekt, do tego nowego projektu.

Gra została ciepło przyjęta przez publiczność, a krytycy również ocenili ją dobrze: z obecnym wynikiem 83 na Metacritic to wciąż mniej niż znakomite 92 punkty The Witchera 3: Wild Hunt, ale to bardzo dobra ocena. Zwłaszcza jak na pierwszą grę nowego studia, choć tworzą je weterani, którzy stworzyli The Witchera 3. Dlatego, jeśli jesteś fanem gier CD Projekt, powinieneś dać szansę The Blood of Dawnwalker. Bo ma zadatki, by stać się twoją nową obsesją, przynajmniej dopóki nie dostaniemy czegoś nowego z The Witchera.

Onimusha wraca po 20 latach, a miłość do tej serii to coś więcej niż nostalgia

Dziś ukazało się Onimusha: Way of the Sword, powrót ukochanej marki Onimusha po 20 latach. Przy dobrych recenzjach i znakomitym roku dla Capcomu, które ma już na koncie cenione Resident Evil requiem i Pragmata, wygląda na to, że wszystko ułożyło się tak, by był to sukces. I żeby przypomniał nam, że Onimusha to marka, która kiedyś była jedną z wielkich serii na PlayStation 2. Nie tylko nostalgia.

Bo choć dziś może się wydawać inaczej, Onimusha była w swoim czasie synonimem gier wysokiej jakości, które, choć nie konkurowały z serią Resident Evil, miały swoje pięć minut. Nie bez powodu. Dlatego zrobimy przegląd gier z tej serii, tego, jak powstała i dlaczego popadła w zapomnienie. Przynajmniej do teraz, gdy wróciła z nową odsłoną, która chce przywrócić ją do łask.

Bardzo osobliwy spin-off Resident Evil

Marka Onimusha narodziła się wraz z premierą swojej pierwszej odsłony, Onimusha: Warlords, w 2001 roku. Ale nie stało się to w próżni. Stworzona przez Yoshikiego Okamoto, to gra o bardzo nietypowej historii powstania. Bo początkowo miało to być Resident Evil osadzone w erze Sengoku, japońskim średniowieczu, w „rezydencji ninja” na pierwsze PlayStation.

Ostatecznie ten pomysł porzucono, ale w gotowej grze wciąż można go dostrzec. Gra z czołgowym sterowaniem jak w klasycznych Resident Evil, która, choć znacznie bardziej skupiona na akcji, balansuje między horrorem a przygodą, mocno przypominający Resident Evil. Z zagadkami godnymi najbardziej ukochanej serii Capcomu, intensywnymi walkami z bossami i niezwykle oryginalną oprawą, okazałaby się ogromnym sukcesem, który stworzyłby dla firmy nową hitową markę.

Ale wielki sukces przyszedł zaledwie rok później, w 2002 roku, wraz z premierą kontynuacji: Onimusha 2: Samurai’s Destiny. Rozwijając założenia pierwszej części, wzmacniając własną tożsamość i dodając więcej akcji, gra była trudniejsza, bardziej humorystyczna i zarazem znacznie dłuższa, wprowadzając grupę towarzyszy, z którymi mogliśmy wchodzić w interakcje, a nawet odblokowywać dodatkowe wątki fabularne w trakcie gry.

To sprawiło, że gra stała się tytułem kultowym. I że do dziś wspomina się ją z wielkim sentymentem. To nie zmienia faktu, że jest też grą o bardziej rozmytej tożsamości: choć próbuje różnych, ciekawych rzeczy, nie wszystkie potrafi spiąć w całość, i to tutaj seria nie jest jeszcze ani jednym, ani drugim. Ani samurajskim Resident Evil, ani pełnoprawną grą akcji. Jak zaraz zobaczymy, tym właśnie są już jej kolejne odsłony.

Marka skupiona na akcji

Widząc sukces serii, w Capcomie postanowili nie zwlekać: w 2004 roku wypuścili kontynuację pod tytułem Onimusha 3: Demon Siege. Znacznie bardziej skupiona na akcji, z sekwencjami akcji wyreżyserowanymi przez Donniego Yena, miała teraz nawet francuskiego towarzysza, Jacques’a Blanca, któremu twarzy i głosu użyczył aktor Jean Reno. Z tego powodu wiele osób uważa tę odsłonę za najpełniejszą odsłonę Onimushy: to tutaj wreszcie osiągnięto własną tożsamość, pełne dopracowanie i zarazem to tutaj Capcom wyłożył budżet, żeby wszystko zagrało.

I zaledwie dwa lata później stworzyli czwartą i przez dwadzieścia lat ostatnią kontynuację. Onimusha: Dawn of Dreams niemal całkowicie porzuciłoby elementy przygodowe, by zaoferować grę action RPG, które, choć interesujące, nie zadziałało tak dobrze jak trzy poprzednie. Czyniąc z niego czarną owcę serii i sprawiając, że w Capcomie postanowili uśpić ją na 20 lat.

Aż do teraz, kiedy przywrócili ją Onimusha: Way of the Sword. Bardziej inspirowana drugą częścią, ale z większym naciskiem na walkę, jest to przygodowa gra akcji, która zdaje się chcieć znaleźć własną tożsamość: gra bardziej filmowa i widowiskowa, z pewnymi naleciałościami w duchu Sekiro. I która, jak się wydaje, zachwyca. A więc, koniec końców, wygląda na to, że w Onimushy zachwyca nie tylko nostalgia. Bo po 20 latach wciąż triumfuje ta marka, która przez 4 lata znaczyła bardzo wiele.

Blizzard mógł potajemnie sprzedać prawa do StarCrafta

Blizzard ma jedne z największych IP na świecie. Choć w ostatnich latach niewiele zrobił, by je wykorzystać, skupiając się wyłącznie na Diablo, World of Warcraft i Overwatchu, ma też kilka innych marek, które są bardzo znane i uwielbiane przez graczy. Szczególnie jedną o wielkiej renomie. StarCraft. I wygląda na to, że mógł znaleźć nowego właściciela, jeśli wierzyć doniesieniom azjatyckiej prasy.

Sekretna sprzedaż

Według południowokoreańskiego dziennika The Chosun Daily Blizzard miał dojść do porozumienia z Nexonem, na mocy którego ta druga firma byłaby o krok od przejęcia całości praw do StarCrafta. Jeśli ten kontrakt doszedłby do skutku, Nexon mógłby natychmiast tworzyć nowe treści związane ze StarCraftem, w tym nową odsłonę serii, StarCraft 3.

To nic dziwnego, bo StarCraft jest w Korei grą niezwykle popularną. Jako że jest uznawany w tym kraju za pełnoprawną dyscyplinę esportową i pozostaje jedną z najpopularniejszych gier nawet dziś, zakup praw do tej marki przez jedną z najważniejszych koreańskich firm growych to logiczny krok, biorąc pod uwagę jego znaczenie w kraju. Zwłaszcza biorąc pod uwagę kultowy status, jakim cieszy się w Korei.

Choć ten zakup nie został jeszcze sfinalizowany ani potwierdzony, należy się spodziewać, że w najbliższych tygodniach poznamy konkretne szczegóły. Ale jeśli tak się stanie, możliwe, że zobaczymy coś, czego od lat się nie spodziewaliśmy: nowe gry StarCraft.