Stuart Fails to Save the Universe już na HBO Max: pokazano czołówkę

Dziś, 23 lipca 2026 roku, na HBO Max pojawił się „Stuart Fails to Save the Universe”. To spin-off „The Big Bang Theory”, ale od razu widać, że nie chodzi tu o zwykły powrót do znanego świata. Serial wrzuca całość w realia multiwersum, łączy science fiction z meta-komedią i ustawia w samym środku Stuarta Blooma, właściciela sklepu z komiksami granego przez Kevina Sussmana. Już po premierze czołówka jeden element wybija się w reakcjach najmocniej: czołówka. I to taka, która od pierwszych sekund zapowiada odważniejszy ton nowej produkcji.

  • Cała fabuła kręci się wokół Stuarta Blooma, a po premierze z 23 lipca 2026 roku to właśnie czołówka bardzo szybko stała się jednym z najczęściej komentowanych elementów serialu.
  • Nie działa wyłącznie jako ozdobnik. To jednocześnie bezpośrednie mrugnięcie do „The Big Bang Theory” i wyraźny sygnał, że „Stuart Fails to Save the Universe” idzie w stronę bardziej meta, odważną i zwyczajnie mniej przewidywalną.
  • Twórcy wracają do tego samego samoświadomego, geekowego humoru, na którym jechało „The Big Bang Theory”, tylko podają go inaczej, w nowej formie i z innym rytmem.
  • „The Big Bang Theory” otwierało się błyskawicznym montażem historii wszechświata i ludzkości przy „The History of Everything” zespołu Barenaked Ladies. Nowy serial nie powtarza tego numeru jeden do jednego, tylko go komentuje i bawi się nim na własnych zasadach.
  • Zapowiedziano też, że każda czołówka „Stuart Fails to Save the Universe” będzie zmieniała się zależnie od odcinka, więc nie ma tu jednej sztywnej wersji na cały sezon.
  • Do intro dorzucono napisy łamiące czwartą ścianę i zwracające się prosto do widza, łącznie z komunikatem „Spoiler Alert: Gary Dies”. Dzięki temu czołówka nie tylko bawi, ale zaczyna rozmowę z odbiorcą jeszcze zanim historia na dobre ruszy.
  • Pojawiają się zmienne żarty, różne wariacje i kilka wersji motywu muzycznego Danny’ego Elfmana, bo w zamyśle twórców ma to być sekwencja „nie do pominięcia”.
  • Sama funkcja intro też została przestawiona względem „The Big Bang Theory”. Zamiast stałej, przewidywalnej formuły dostajemy coś, co pracuje jak część narracji i podkręca oczekiwanie na to, co zaraz wydarzy się dalej.
  • W „The Big Bang Theory” czołówka była ikoniczna, ale nie wpływała bezpośrednio na odbiór konkretnego odcinka. Tutaj działa raczej jak dodatkowa scena i znak, że spin-off nie chce być tylko nostalgicznym dopiskiem do znanej marki.
  • Potwierdzono również, że za „Stuart Fails to Save the Universe” stoją Chuck Lorre, Bill Prady i Zak Penn. Obok Stuarta wracają też Bert Kibbler, Denise oraz Barry Kripke.
  • Fabuła została przesunięta w stronę kryzysu multiwersum, więc całość jest bliżej science fiction niż klasycznego sitcomu.
  • Zmienia się także forma. „Stuart Fails to Save the Universe” przechodzi na format jednokamerowy, rezygnuje ze śmiechu z puszki i wybiera bardziej filmowy styl niż „The Big Bang Theory”, „Young Sheldon” czy „Georgie & Mandy’s First Marriage”.
  • I jeszcze jedno: energia tego serialu naprawdę bywa zaskakująco bliska „Rick and Morty”. Nie chodzi wyłącznie o chaos rodem z science fiction, ale też o gotowość do ciągłego komentowania samego siebie.

Na ten moment „Stuart Fails to Save the Universe” jest dostępny wyłącznie dla użytkowników HBO Max, a z pierwszych recenzji wyłania się obraz produkcji odważnej, dziwnej i, co dla wielu może być największą niespodzianką, zaskakująco oryginalnej.

W tych pierwszych opiniach szczególnie często wraca właśnie temat czołówki, bo od razu ustawia oczekiwania. To nie ma być standardowy powrót do świata „The Big Bang Theory”. Jednocześnie pojawiają się pytania, czy bardziej szalony ton i większy rozmach science fiction trafią do tej samej szerokiej widowni, która pokochała klasyczny sitcom CBS.

Żeby obejrzeć „Stuart Fails to Save the Universe”, trzeba mieć dostęp do HBO Max. Cała reszta musi na razie po prostu poczekać.

Sanctuary: Shattered Sun już na Steamie: udostępniono darmowe demo

Enhearten Media udostępniło dziś, 21 lipca 2026 roku, na Steamie darmowe demo Sanctuary: Shattered Sun, czyli RTS-a nastawionego na starcia w naprawdę dużej skali, rozgrywane na powierzchni gigantycznej Sfery Dysona. Z karty gry na Steamie wynika, że pełna wersja Sanctuary: Shattered Sun ma zadebiutować w sierpniu 2027 roku.

Z opisu Sanctuary: Shattered Sun na Steamie i z materiałów Enhearten Media wynika, że gra ma oferować:

  • darmowe demo dostępne od 21 lipca 2026 roku;
  • możliwość sprawdzenia podstawowych założeń gry jeszcze przed premierą pełnej wersji;
  • debiut pełnej wersji zaplanowany na sierpień 2027 roku;
  • bitwy z udziałem setek jednostek, toczone na lądzie, morzu i w powietrzu;
  • mniejsze znaczenie mikrozarządzania pojedynczymi oddziałami;
  • większy nacisk na kontrolowanie frontów, rozbudowę infrastruktury i tempo ekspansji;
  • ekonomię opartą na przepływie zasobów;
  • nagradzanie planowania całej machiny wojennej, a nie szybkiego klikania co kilka sekund;
  • superbronie, które potrafią realnie zmieniać sytuację na polu walki;
  • możliwość zamrażania oceanów, co otwiera nowe kierunki natarcia, przestawia układ sił na mapie i może wymuszać szybkie przegrupowania oraz zupełnie nowe plany ataku;
  • kampanię dla jednego gracza, multiplayer i trzy frakcje: Earth Defence Alliance, posthumanoidalnych Chosen oraz robotyczny Guard;
  • dodatki po premierze, a także sezonowy, stały tryb online Warfront.

Trudno nie skojarzyć Sanctuary: Shattered Sun z Supreme Commanderem i Total Annihilation. Właśnie do tych gier społeczność RTS-owa porównuje je najczęściej. W internetowych zestawieniach i komentarzach przewijają się też Mass Effect oraz Total War.

Na Steamie demo Sanctuary: Shattered Sun ma już ocenę „Bardzo pozytywne”, a kampania studia Enhearten Media na Kickstarterze osiągnęła cel finansowania po około dwóch godzinach, przynajmniej według strony kampanii na Kickstarterze. To dość wyraźny sygnał dla tych, którym brakuje dużych, oldschoolowych RTS-ów, bo takich gier wciąż nie ma na rynku wiele. Jeśli szukasz strategii stawiającej na ogromne mapy, wielkie armie i nowoczesną oprawę, a przy tym wyraźnie czerpiącej z legend gatunku, demo Sanctuary: Shattered Sun może przyciągnąć twoją uwagę jako jedna z ważniejszych darmowych premier na Steamie tego lata.

Na ten moment dostępne jest wyłącznie darmowe demo Sanctuary: Shattered Sun dla użytkowników Steama, a pełna wersja gry ma ukazać się w sierpniu 2027 roku, zgodnie z kartą gry na Steamie. Żeby z niego skorzystać, trzeba mieć dostęp do platformy Steam. Wszyscy pozostali użytkownicy muszą jeszcze poczekać na pełną wersję Sanctuary: Shattered Sun.

Lost: dziś mija 18 lat od premiery odcinka „The Constant”

Dziś ABC przypomniało „The Constant”, piąty odcinek 4. sezonu „Lost”, który po raz pierwszy pokazano 28 lutego 2008 roku. Osiemnaście lat później ten epizod wciąż uchodzi za jeden z najwybitniejszych w historii telewizji. To historia oparta na podróżach w czasie, ale jednocześnie bardzo osobisty dramat o Desmondzie Hume’ie i Penny Widmore. I właśnie dlatego ciągle wraca w rozmowach o najlepszych odcinkach wszech czasów.

  • Tego dnia wyemitowano piąty epizod 4. sezonu „Lost”, napisany przez Carltona Cuse’a i Damona Lindelofa.
  • Był to też moment, w którym „Lost” pokazało doctenie, że jest czymś więcej niż zwykłym serialem ogólnodostępnej telewizji.
  • Zamiast upraszczać własną mitologię, serial poszedł w stronę skomplikowanej, ambitnej opowieści science fiction.
  • I okazało się, że szeroka publiczność była gotowa za taką narracją podążyć.
  • W samym centrum tej historii znalazł się Desmond Hume, którego świadomość po kontakcie z potężną energią elektromagnetyczną zaczęła przeskakiwać między 1996 a 2004 rokiem.
  • Tytułowa „stała” stała się dla niego warunkiem przetrwania, bo bez elementu spinającego obie linie czasowe umysł Desmonda mógł się po prostu rozpaść.
  • Motyw science fiction nie służył tu za ozdobę. Posłużył do opowiedzenia intymnej historii o Desmondzie Hume’ie i Penny Widmore, zwieńczonej rozmową telefoniczną.
  • Jak przypomniało dziś ABC, „The Constant” obejrzało w USA około 15 mln widzów. Epizod dostał też niemal perfekcyjną ocenę w IMDb, zebrał powszechne uznanie recenzentów i został uznany przez magazyn „Time” za najlepszy odcinek telewizyjny 2008 roku.
  • ABC przypomniało również, że „The Constant” otrzymało trzy nominacje do Primetime Emmy Awards, a samo dopracowanie odcinka zajęło około pięciu tygodni, czyli ponad dwa razy więcej niż zazwyczaj.

W centrum tej historii jest Desmond Hume, jeden z najciekawszych bohaterów całego „Lost”. Jeśli dziś wrócisz do tego epizodu, od razu widać, że jego konstrukcja nie opiera się wyłącznie na narracyjnej sztuczce. Stawka jest dużo wyższa. Chodzi o życie i śmierć.

Kiedy Desmond odkrywa, że jego „stałą” jest Penny Widmore, finałowa rozmowa telefoniczna zamienia chłodną łamigłówkę o podróżach w czasie w mocny, wyraźnie emocjonalny finał. Właśnie w „The Constant” najlepiej widać, dlaczego „Lost” stało się punktem odniesienia dla nowoczesnej telewizji i czemu serial nie zatrzymał się na prostszej, bardziej typowej dla telewizji formule.

Z biegiem lat reputacja „The Constant” tylko urosła, a oglądalność premierowej emisji pokazała, że ambitna narracja wcale nie musi oznaczać sukcesu wyłącznie w niszy. Za kulisami był to zresztą wyjątkowo trudny projekt, bo każdy skok w czasie musiał być logiczny, a jednocześnie wszystko miało prowadzić do mocnego finału emocjonalnego.

Na dziś niewiele odcinków telewizji głównego nurtu może po osiemnastu latach pochwalić się podobnym statusem. Efekt pracy twórców okazał się trwały. „The Constant” stało się twórczym szczytem „Lost”, na dobre wprowadziło motyw podróży w czasie do mitologii serialu i pokazało, że telewizja głównego nurtu potrafi być formalnie odważna, nie tracąc przy tym szerokiej widowni.

Cała reszta widzów wciąż musi poczekać na równie trwały telewizyjny punkt odniesienia.

„I Play Rocky” zapowiedziano dziś: film pokaże walkę Stallone’a o „Rocky’ego”

Dziś ogłoszono „I Play Rocky”, film biograficzny łączący dramat z opowieścią o kulisach powstawania „Rocky’ego” z 1976 roku. Ma pokazać, ile wysiłku Sylvester Stallone włożył w to, żeby ten film w ogóle doszedł do skutku. Z dzisiejszej zapowiedzi wynika też, że premiera jest planowana na listopad 2026 roku i ma zbiec się z 50. rocznicą debiutu oryginalnego „Rocky’ego”. W materiale zapowiadającym podkreślono, że: – fabuła koncentruje się na walce Sylvestra Stallone’a o własną wizję; – premierę, według obecnych planów, wyznaczono na listopad 2026 roku; – ten termin powiązano z 50. rocznicą debiutu oryginalnego „Rocky’ego”; – połączono nostalgię, siłę rozpoznawalnego tytułu i opowieść o twórczym uporze; – pokazano konflikty, negocjacje i ryzyko, które zwykle zostają poza ekranem; – mocno wybrzmiewa metapoziom historii underdoga, podobnej do samego „Rocky’ego”; – projekt wpisuje się w dobrze znany nurt opowieści o narodzinach wielkich filmów; – zasygnalizowano też potencjał dotarcia do fanów serii i do widzów zainteresowanych kulisami klasyków.

Produkcje odtwarzające narodziny znanych dzieł wyrobiły sobie już własne miejsce i dziś działają niemal jak osobny podgatunek. Jeśli ciekawią cię kulisy kina, dostajesz tu nie tylko rekonstrukcję planu zdjęciowego. Jest jeszcze cała reszta: kto z kim się ścierał, jakie decyzje zapadały na ostatniej prostej i jak dużo zależało po prostu od przypadku.

W przypadku Sylvestra Stallone’a stawka jest naprawdę wysoka, bo jego droga do realizacji „Rocky’ego” niesie niemal taki sam ciężar emocjonalny jak film, który pomógł mu zostać gwiazdą. To historia twórcy walczącego o własną wizję, ale też klasyczna opowieść o underdogu, bardzo bliska temu, czym był sam „Rocky”. Jest w tym również hołd dla branży, czasem romantyczny, czasem gorzki, ale dla fanów kina zwykle po prostu bardzo pociągający.

Swoje zrobiły też platformy streamingowe, materiały dodatkowe, dokumenty i media społecznościowe. To przez nie kulisy stały się częścią samego oglądania, a nie tylko dodatkiem po seansie. Dla młodszych widzów, szczególnie z pokolenia Z, dostęp do takich materiałów bywa równie ważny jak gotowe dzieło, bo daje poczucie autentyczności i bliższego kontaktu z twórcami. Najbliższe skojarzenie z „I Play Rocky” to serial „The Offer”, który pokazywał kulisy powstawania „Ojca chrzestnego”, a podobne zainteresowanie wzbudzał też „Feud: Bette and Joan”, opowiadający o rywalizacji gwiazd przy „Co się zdarzyło Baby Jane?”.

Na razie taki sposób opowiadania dotyczy głównie historii o Hollywood i najbardziej rozpoznawalnych nazwiskach, takich jak aktorzy, reżyserzy i producenci, znacznie rzadziej zaś mniej widocznych twórców. Jeśli to właśnie oni cię interesują, ten podgatunek wciąż zagląda do nich zdecydowanie za rzadko. Wraca też zarzut, że twórcy zbyt swobodnie obchodzą się z faktami, kiedy dramatyzacja bierze górę nad historyczną precyzją.

Mimo to „I Play Rocky” ma wszystko, by stać się jednym z ważniejszych tytułów tego nurtu, bo łączy ikonę popkultury, jubileusz o dużym potencjale marketingowym i historię, która sama brzmi jak gotowy scenariusz. Jeśli film utrzyma równowagę między hołdem a pełnokrwistym dramatem, może trafić zarówno do fanów serii, jak i do widzów, którzy po prostu lubią dobre opowieści o tym, jak rodzą się klasyki.

Na „I Play Rocky” trzeba będzie poczekać do listopada 2026 roku, przynajmniej według obecnej zapowiedzi. Widzom pozostaje więc na razie czekać na premierę.

Wonder Woman dziś w mroczniejszej odsłonie: DC wydało „Absolute Wonder Woman”

Dziś DC Comics wypuściło serię „Absolute Wonder Woman”, nową wersję Diany Prince w ramach linii Absolute Universe, która od października 2024 roku pokazuje największych herosów wydawnictwa od innej strony. Wygląda to na coś więcej niż jednorazowy eksperyment. To dojrzalsza, cięższa i wyraźnie mroczniejsza odsłona jednej z najważniejszych bohaterek DC.

– Dianę przeprojektowano tak, że ma niewiele wspólnego z klasyczną wersją z głównego uniwersum Earth-0 i z wieloma jej nowszymi wcieleniami. – Całą postać osadzono w ostrzejszej, bardziej bezwzględnej i po prostu mroczniejszej estetyce. – Jej dzieciństwo przeniesiono z Themysciry, wyspy Amazonek, do samego Piekła. – Z symbolu pokoju, dyplomacji i współczucia Diana przechodzi w stronę wojowniczki-królowej, kojarzonej z podbojem, przemocą i przetrwaniem. – Mitologię tej postaci przebudowano tak, że od razu widać to w jej motywacjach, relacjach i sposobie działania. – Scenariusz DC powierzyło Kelly Thompson, a warstwę graficzną Haydenowi Shermanowi. – Wydawnictwo rozwinęło też motyw „gun-toting”, który wcześniej pojawiał się raczej jako metafikcyjna prowokacja związana z postacią Manchestera Blacka. – DC potwierdziło przy tym, że Absolute Universe ma być miejscem, gdzie Batman, Superman i Wonder Woman mogą zostać pokazani od nowa, bez oglądania się na kanon głównego nurtu. – Seria zadebiutowała 23 października 2024 roku i, jeśli patrzeć na pierwsze reakcje czytelników oraz krytyków, bardzo szybko przyciągnęła uwagę.

Powstała z tego mroczna mieszanka klasycznej mitologii i brutalniejszej opowieści superbohaterskiej. Spokojnie można powiedzieć, że „Absolute Wonder Woman” stoi bliżej pełnego przepisania ikony niż kolejnej wariacji na temat dobrze znanej bohaterki. Właśnie dlatego wspólna wizja Kelly Thompson i Haydena Shermana tak szybko przykuła uwagę czytelników. Seria zbiera pochwały za świeże podejście do mitologii Wonder Woman, a także za to, że idzie wyraźnie dalej niż wcześniejsze reinterpretacje tej postaci.

Na ten moment, jeśli śledzisz główny kanon Earth-0, ta wersja Diany funkcjonuje wyłącznie w linii Absolute Universe i nie zastępuje bohaterki z podstawowego uniwersum. W 2021 roku DC mocno promowało Yarę Flor w ramach „Future State”, ale jej solowa seria „Wonder Girl” skończyła się po siedmiu zeszytach, a planowana adaptacja dla stacji CW została anulowana.

Tym razem wydawnictwo wybiera inny ruch: nie wprowadza następczyni, tylko radykalnie przepisuje samą Dianę. Pierwsze reakcje fanów sugerują, że taki kierunek trafił do odbiorców. Reszta czytelników musi teraz poczekać na kolejne zeszyty.

Marvel rusza z filmem o Novie: trwają prace nad kinowym widowiskiem MCU

Marvel Studios ruszyło dziś, jeśli wierzyć najnowszym doniesieniom, z pracami nad pełnometrażowym filmem o Novie, czyli jednym z najważniejszych kosmicznych bohaterów w komiksowym świecie Marvela. Postać ma wejść do MCU jako duża kinowa produkcja. O takim projekcie mówiło się od lat, tylko dopiero teraz widać, że to przestaje być luźny pomysł i zaczyna przybierać realny kształt.

  • Najnowsze informacje mówią, że projekt zmienił format: zamiast serialu albo specjalu dla Disney+ ma powstać pełnometrażowy film do kin.
  • To z kolei wygląda na jasny sygnał, że Marvel Studios widzi w Novie coś więcej niż poboczną opowieść wrzuconą na platformę streamingową.
  • Wrócił też temat wcześniejszych planów wokół tej postaci, różnych rozważanych formatów i nazwiska Sabira Pirzady. które przez pewien czas było z Novą łączone.
  • Te same źródła podają, że pieczę nad projektem przejął Michael Waldron, scenarzysta „Lokiego” oraz „Doktora Strange’a w multiwersum obłędu”.
  • To właśnie Waldron ma przygotować scenariusz, a nie da się też wykluczyć, że finalnie usiądzie również na stołku reżysera.
  • To ma znaczenie, bo Waldron już pracował przy dużych marvelowskich historiach opartych na mocnym koncepcie, a przy kosmicznym bohaterze z takim potencjałem doświadczenie może zrobić różnicę.
  • Coraz częściej pojawia się też myśl, że Nova mógłby wypełnić pustkę po oryginalnych „Strażnikach Galaktyki” i stać się nową osią opowieści rozgrywających się poza Ziemią.
  • Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz: Marvel Studios ma pod ten film zaskakująco solidne fundamenty.

Film o Novie to z definicji kosmiczna historia, mocno związana z Xandarem i Korpusem Nova. Można śmiało założyć, że miejsce tej postaci w MCU miałoby być całkiem zbliżone do roli, którą wcześniej pełnili „Strażnicy Galaktyki”.

Najważniejszy etap przygotowania gruntu pod taki film wydarzył się już w 2014 roku, przy okazji premiery „Guardians of the Galaxy”. Wtedy widzowie po raz pierwszy zobaczyli Xandar i Korpus Nova. I właśnie ten kawałek świata Marvela jest dla genezy bohatera kluczowy, bo w komiksach Richard Rider zostaje Novą po zagładzie Korpusu, przejmując jego moc i całe dziedzictwo. MCU ma tu już gotowy punkt wyjścia: zniszczenie Xandaru przez Thanosa, wspomniane mimochodem w „Avengers: Infinity War”.

I tu robi się ciekawie.

Ten detal, z pozoru rzucony gdzieś na marginesie, może się jeszcze okazać jednym z najlepiej przygotowanych zawiązań fabuły w całym kosmicznym Marvelu. Jeśli film rzeczywiście pójdzie ścieżką Richarda Ridera, tragedia Xandaru niemal sama układa się w początek historii nowego bohatera.

Na ten moment nadal nie wiadomo, którą wersję postaci wybierze Marvel Studios. W dotychczasowych przeciekach i spekulacjach najczęściej przewija się Richard Rider, bo to on najlepiej pasuje do wydarzeń, które MCU ma już za sobą. Ale w grze wciąż jest również Sam Alexander, młodsze wcielenie Novy znane z nowszych komiksów. Nadal brak też jasnej odpowiedzi, kto miałby zostać głównym antagonistą i jakie inne kosmiczne postacie mogłyby przewinąć się przez ten film.

To ważny ruch dla całej tej części uniwersum, bo po domknięciu historii drużyny Jamesa Gunna Marvel Studios potrzebuje nowego środka ciężkości dla swojego międzygalaktycznego segmentu. Sporo wskazuje na to, że Nova pojawi się w MCU dopiero po „Avengers: Secret Wars”, zapewne już jako element Fazy 7. Taki termin dawałby studiu czas i miejsce, żeby odświeżyć kosmiczną stronę uniwersum i wprowadzić bohatera, który może pociągnąć następną falę historii rozgrywających się poza Ziemią.

Jeśli Marvel Studios faktycznie zbierze i wykorzysta wszystkie elementy rozsiane wcześniej po filmach, Nova może wyjść na jeden z tych tytułów, które nie tylko przedstawiają nową postać, ale przy okazji spłacają wieloletnie obietnice MCU. Na razie widzowie muszą jeszcze poczekać na obsadę, przeciwnika i datę premiery.

Marvel znów uśmierca Spider-Mana: równocześnie w kilku światach

Marvel znowu odpalił historię o śmierci Spider-Mana, czyli Petera Parkera. Tym razem robi to równolegle w komiksach i w fabularnych materiałach do gry „Marvel Rivals”. Nie chodzi o jeden wielki finał. Chodzi o kilka różnych wersji Petera Parkera, które w rozmaitych mediach Marvela albo giną, albo trafiają prosto na niemal pewną śmierć.

  • W historii „Ultimate Endgame” uśmiercono dorosłego Petera Parkera z nowego Ultimate Universe. To już nie jest nastoletni bohater, który próbuje godzić szkołę z walką ze złem, tylko mąż i ojciec.
  • W tym samym „Ultimate Endgame” wskazano Makera, złowrogą wariację Reeda Richardsa, jako sprawcę tej śmierci i jedną z najgroźniejszych postaci całego tego świata.
  • Emocjonalna stawka od razu idzie tu w górę, bo Marvel pokazuje bardziej dojrzałego Petera Parkera, z rodziną i wreszcie ustabilizowanym życiem. Trudno przy tym nie pomyśleć o wcześniejszych, głośnych śmierciach Spider-Mana.
  • Pod koniec 2024 roku na Ziemi-616, czyli w głównej ciągłości Marvela, wystartowała historia „Eight Deaths of Spider-Man”. Sam tytuł właściwie nie zostawia miejsca na domysły i wprost zapowiada wielokrotne śmierci Petera Parkera.
  • W „Eight Deaths of Spider-Man” rolę Sorcerer Supreme dostał Doktor Doom, a Spider-Mana wysłano przeciw mistycznemu zagrożeniu, dorzucając mu magicznym kostium i osiem dodatkowych żyć.
  • W praktyce klasyczna opowieść superbohaterska została tu przerobiona na coś dużo bardziej fantastycznego, chwilami wręcz horrorowego, z serią kolejnych zgonów i powrotów.
  • W materiałach fabularnych gry „Marvel Rivals” pokazano obraz Daredevila trzymającego umierającego Spider-Mana. Fani natychmiast zaczęli spekuować.
  • Trudno tego nie zauważyć: nawet jeśli mamy do czynienia z oddzielnymi interpretacjami postaci, Marvel równocześnie eksploatuje motyw śmierci Spider-Mana w kilku różnych mediach.

Na ten moment ten wątek dotyczy tylko kilku równoległych wersji Petera Parkera, a nie jednego ostatecznego finału dla całego uniwersum Marvela. Jeśli jednak śledzisz te serie, wniosek jest prosty: nawet jeśli Peter Parker nie znika „na zawsze”, Marvel po raz kolejny robi z jego śmierci główny napęd fabuły.

Dla części fanów to stary komiksowy numer, który ma podkręcić emocje i sprzedaż. Dla innych to sygnał, że Marvel znowu sięga po jeden z najbardziej wyeksploatowanych, ale nadal wyjątkowo skutecznych motywów w historii superbohaterów.

Peter Parker umierał już wiele razy, albo przynajmniej ocierał się o śmierć. Fani pamiętają starcia z Morlunem, przejęcie jego ciała przez Doktora Octopusa w „Superior Spider-Man” i kolejne mistyczne powroty, przez które nawet najbardziej dramatyczne finały rzadko okazują się naprawdę ostateczne. Obecna fala bardzo przypomina pod tym względem „Death of Spider-Man” z 2011 roku w oryginalnym Ultimate Universe.

Tam Peter Parker zginął bohatersko w walce z Green Goblinem, a jego śmierć utorowała drogę Milesowi Moralesowi, który do dziś pozostaje jednym z najważniejszych bohaterów Marvela. Na razie reakcje są mieszane. Z jednej strony taki ruch przyciąga uwagę i rozpala dyskusje, z drugiej długoletni czytelnicy patrzą na to z rezerwą, bo w komiksach śmierć bardzo rzadko bywa naprawdę definitywna. Wszyscy pozostali muszą jeszcze poczekać na odpowiedź, tylko nie na pytanie, czy Peter Parker wróci, ale jak długo Marvel będzie udawał, że tym razem chodzi o coś więcej niż kolejny reset.

Gra o tron wraca: 7 rzeczy obecnych w każdym sezonie

HBO zapowiedziało dziś następne projekty osadzone w świecie „Gry o tron”. Sam serial zaczynał jako ambitna adaptacja fantasy, a z czasem wyrósł na jedno z największych telewizyjnych zjawisk XXI wieku.

To była mieszanka polityki, chaosu i zwrotów akcji, po których widzowie długo zbierali szczękę z podłogi. W USA średnia oglądalność jednego odcinka urosła z około 9,3 mln widzów w 1. sezonie do około 46 mln w sezonie finałowym, jeśli doliczyć wszystkie platformy. Serial dotarł też do 207 krajów i terytoriów. A im dłużej trwał, tym wyraźniej było widać jeszcze jedną rzecz: każdy sezon miał własny, natychmiast rozpoznawalny rytm. „Gra o tron” z czasem bardziej przypominała globalne wydarzenie niż zwykły serial fantasy.

  • Motyw spektakularnej śmierci wracał tu bez przerwy. Od egzekucji Neda Starka w 1. sezonie po śmierć Daenerys Targaryen w finale całej sagi serial od początku do końca przypominał, że nikt naprawdę nie jest bezpieczny.
  • Przez większość sezonu napięcie rosło powoli, po czym eksplodowało w przedostatnim odcinku. Przez lata to właśnie odcinek 9 był kulminacją całej opowieści i miejscem największych bitew, zdrad oraz zwrotów akcji, włącznie z Krwawymi Godami i Bitwą Bękartów.
  • Finały sezonów układały się zwykle w dwa wyraźne nurty: „ogień” i „lód”. Jedne mocniej domykały wątki Targaryenów, smoków i podboju, inne wracały do Starków, Północy i zagrożenia zza Muru. Dzięki temu końcówki kolejnych sezonów miały w sobie coś znajomego, prawie rytualnego.
  • Każdy sezon niósł obietnicę wielkiego szoku. Publiczność szybko nauczyła się, że co roku przyjdzie taki moment, o którym internet będzie mówił przez następny tydzień, a ta mieszanka zaskoczenia i oczekiwania tylko umacniała pozycję serialu jako telewizyjnego wydarzenia.
  • Rosła też sama skala produkcji. Budżet 1. sezonu szacowano na 50–60 mln dolarów, a finałowa odsłona kosztowała już około 15 mln dolarów za odcinek. Zdjęcia kręcono w 10 krajach, między innymi w Irlandii Północnej, Chorwacji, Islandii i Hiszpanii.
  • Z sezonu na sezon stawka szła w górę. Większe bitwy, więcej efektów, bardziej rozbudowane lokacje i coraz śmielsza oprawa sprawiły, że „Gra o tron” pomogła zdefiniować erę telewizji wydarzeń, czyli seriali oglądanych jak globalne eventy nawet w epoce streamingu.
  • Wpływ „Gry o tron” dawno wyszedł poza samą emisję. To najchętniej licencjonowany program HBO i do dziś ważny punkt odniesienia dla całej branży. Nawet jeśli 8. sezon zebrał sporo krytyki za pośpiech i tempo opowieści, sama marka nigdzie nie zniknęła.

Na ten moment marka „Gry o tron” dalej żyje dzięki spin-offom. „Ród smoka” już pokazał, że Westeros wciąż przyciąga masową widownię, a w przygotowaniu są „A Knight of the Seven Kingdoms” oraz następne projekty.

Bez względu na to, jak oceniasz finał, „Gra o tron” pozostaje serialem, który nauczył widzów jednej rzeczy: nawet chaos potrafi mieć własne, zaskakująco przewidywalne reguły.

Na kolejne produkcje z tego uniwersum widzowie „Gry o tron” muszą jeszcze trochę poczekać.