Ford rusza z natywnym Apple Maps: trafi do nowych aut elektrycznych

Ford ruszył dziś z projektem natywnej integracji Apple Maps z systemem infotainment w swoich przyszłych samochodach. Jeśli zapowiedzi firmy się potwierdzą, będzie pierwszym producentem aut, który sięgnie po nowe narzędzia Apple dla branży motoryzacyjnej, czyli MapKit for Automotive SDK. I tu właśnie leży sedno sprawy: nie chodzi o zwykłe wyświetlanie aplikacji z iPhone’a przez Apple CarPlay, tylko o wbudowanie map Apple bezpośrednio w oprogramowanie samochodu.

  • Ford chce wykorzystać MapKit for Automotive SDK, czyli pakiet narzędzi Apple przygotowany z myślą o producentach aut.
  • Zamiast standardowego wyświetlania map z telefonu, firma planuje natwywną integrację w pokładowym systemie swoich samochodów.
  • Mapy mają zostać spięte z danymi pojazdu, ekranami w kokpicie i funkcjami związanymi z samą jazdą.
  • Ford zapowiada też wyznaczanie tras dla aut elektrycznych z podglądem poziomu baterii w czasie rzeczywistym.
  • Dojdzie do tego planowanie trasy z uwzględnieniem ładowarek.
  • Producent dorzuci również przygotowanie akumulatora jeszcze przed dojazdem do punktu ładowania.
  • Pojawiła się też sugestia, że dane mapowe mogą później pomóc w rozwoju BlueCruise, czyli systemu jazdy bez trzymania rąk na kierownicy na wybranych odcinkach dróg.

Z punktu widzenia kierowcy różnica może być naprawdę odczuwalna. Taka natywna integracja powinna dać bardziej spójne działanie za kierownicą i mocniej połączyć mapy z funkcjami auta, a w samochodzie elektrycznym ma to szczególne znaczenie. Tu nawigacja nie działa już obok systemów pokładowych. Ona staje się ich częścią.

Można powiedzieć wprost, że to rozwiązanie przypomina Apple CarPlay, tylko ma działać jako element systemu samochodu, a nie jako obraz przerzucony z telefonu. Z dotychczasowych informacji o planach Forda wynika, że debiut przewidziano na 2027 rok, w kolejnej generacji średniej wielkości elektrycznego modelu tej marki, wycenionego na około 30 tys. dolarów. To pokazuje, że producent chce połączyć bardziej zaawansowane oprogramowanie z autem kierowanym nie tylko do wąskiej grupy klientów, ale do szerszego rynku.

Dobra nawigacja potrafi też zwyczajnie zmniejszyć stres związany z zasięgiem. Zła, przeciwnie, bardzo szybko zaczyna irytować. Ruch Forda wpisuje się przy okazji w szerszy trend, w którym producenci samochodów traktują oprogramowanie i usługi cyfrowe równie serio jak napęd czy osiągi. Jednocześnie firma dość wyraźnie odcina się tu od General Motors, które według wcześniejszych zapowiedzi rezygnuje z Apple CarPlay i Android Auto, stawiając na własne rozwiązanie oparte na Android Automotive OS od Google. Ford wybiera więc bardziej pragmatyczną ścieżkę i stawia na usługę, którą wielu kierowców już zna, lubi i po prostu ufa jej na co dzień.

Na ten moment rozwiązanie ma trafić tylko do tego jednego, przyszłego modelu. Nadal nie wiadomo też, czy natywne Apple Maps w Fordzie okażą się równie szybkie, intuicyjne i niezawodne jak klasyczny CarPlay. Żeby z tego skorzystać, trzeba będzie mieć właśnie ten samochód, a poza Ameryką Północną wciąż nie podano żadnych konkretnych szczegółów dotyczących wdrożenia w Europie i Azji.

Na razie nie ujawniono również warunków współpracy ani ewentualnych opłat licencyjnych. Reszta użytkowników musi po prostu jeszcze chwilę poczekać.

Tesla ujawniła dziś przyczynę kolizji robotaksówki w Houston: zdalna pomoc zakończyła się uderzeniem

Tesla przekazała dziś do amerykańskiej agencji bezpieczeństwa ruchu drogowego NHTSA (National Highway Traffic Safety Administration) raport dotyczący kolizji swojej robotaksówki w Houston. Z dokumentu wynika, że podczas zdalnej pomocy samochód wjechał na trawiastą skarpę i uderzył w ukryty pień drzewa. Chodzi o autonomiczną usługę przewozową opartą na Tesli Model Y i systemie ADS (Automated Driving System).

W samym raporcie pojawia się kilka konkretnych informacji:

  • W polu Driver/Operator Type wpisano: „Remote (Commercial / Test)”.
  • Dokument oznaczono numerem 13781-15395.
  • Opisano, że Tesla Model Y zatrzymała się na ślepej, osiedlowej uliczce w Houston.
  • Dalej podano, że podczas zdalnej pomocy auto wjechało na trawiastą skarpę i uderzyło w ukryty pień drzewa.
  • Potwierdzono niewielkie szkody materialne.
  • Zaznaczono też, że nikt nie odniósł obrażeń.
  • Poduszki powietrzne się nie uruchomiły.
  • Samochodu nie trzeba było holować.
  • Prędkość tuż przed zderzeniem wynosiła około 3 km/h.
  • Przypomniano również, że według dostępnych danych to pierwszy przypadek, w którym Tesla tak jednoznacznie wpisała zdalnego operatora w ustrukturyzowanej części jednego ze swoich 22 raportów o incydentach z udziałem systemu ADS.

Sam opis zdarzenia wygląda na klasyczny scenariusz awaryjny. Pojazd utknął w trudnym miejscu, więc człowiek przejął sterowanie na odległość, żeby go przestawić. Problem w tym, że właśnie przy takim manewrze doszło do uderzenia. To już trzeci publicznie ujawniony incydent, w którym autonomiczny system Tesli utknął, zdalny operator przejął kontrolę, a samochód chwilę później w coś uderzył, przynajmniej jeśli trzymać się publicznie dostępnych raportów.

W lipcu 2025 roku teleoperator miał, według wcześniejszych publicznych raportów, wjechać w metalowe ogrodzenie przy 13 km/h. Z kolei w styczniu 2026 roku doszło do uderzenia w tymczasową barierę drogową przy 14,5 km/h. Oba wcześniejsze zdarzenia miały miejsce w Austin. Żeby w ogóle skorzystać z tej opcji, pojazd musi poruszać się powoli, poniżej około 16 km/h.

Tesla już wcześniej informowała, że zdalni operatorzy mogą przejmować sterowanie głównie po to, by wyprowadzić auto z kłopotliwego położenia. Wszystkie trzy znane kolizje z udziałem teleoperatora układają się więc w ten sam wzór: nie chodziło o normalną jazdę, tylko o powolny manewr ratunkowy.

Na razie firma nie ujawnia, jak często dochodzi do takich zdalnych interwencji. A to oznacza, że nie da się policzyć rzeczywistego poziomu ryzyka związanego z teleoperacją. Wiadomo jedynie tyle, że według analiz robotaksówki Tesli w Teksasie miały uczestniczyć w 22 kolizjach w niespełna rok, a ponad połowa z nich może mieć związek z oprogramowaniem Full Self-Driving (FSD) Tesli albo właśnie ze zdalnymi operatorami. Jeden fakt widać jednak od razu: każdy przypadek zdalnej interwencji, który trafił do publicznego raportu o kolizji, kończył się zderzeniem.

Model zdalnej pomocy stosowany przez Waymo wygląda przy tym inaczej i bardziej przypomina przekazywanie wskazówek niż pełną jazdę zdalną, na jaką stawia Tesla. Waymo powiedziało w lutym 2026 roku senatorowi Edowi Markeyowi, że nie korzysta z modelu zdalnej jazdy, w którym człowiek przejmuje pełną rolę kierowcy. Zamiast tego operatorzy przekazują wskazówki, które pojazd może zaakceptować albo odrzucić.

Jedyny bardzo ograniczony wyjątek dotyczy możliwości skłonienia unieruchomionego auta do ruszenia do przodu z prędkością około 3 km/h przy stałych kątach skrętu. Według Waymo ta funkcja nie była używana poza szkoleniem. Incydenty Tesli pojawiają się akurat w chwili, gdy NHTSA baczniej przygląda się firmie. Amerykańska agencja prowadzi już dochodzenie dotyczące systemów Autopilot i Full Self-Driving (FSD) Tesli, które weszło w etap engineering analysis, czyli fazę mogącą poprzedzać akcję przywoławczą.

Eksperci od dawna zwracają też uwagę na problemy typowe dla teleoperacji: opóźnienia sieci, ograniczony obraz sytuacji na drodze i ogromne znaczenie szkolenia operatorów. Na pełniejszy obraz skali teleoperacji wszyscy pozostali wciąż muszą poczekać.

Microsoft testuje nowe Wyszukiwanie w Windows 11: mniej sieci, więcej plików

Microsoft zaczął dziś testować duże zmiany w Wyszukiwaniu w Windows 11. Chodzi o systemową wyszukiwarkę plików, aplikacji, folderów i ustawień. Tym razem Microsoft zapowiada, że ma ona wreszcie szybciej prowadzić do rzeczy zapisanych na komputerze, a nie wypychać na pierwszy plan treści z internetu.

Lista zmian, które podaje firma, wygląda tak:

  • Przestawiono priorytety wyników, żeby na samej górze częściej pojawiały się dokumenty, zainstalowane programy, foldery i ustawienia systemowe.
  • Ograniczono widoczność podpowiedzi z sieci.
  • Skrócono drogę do uruchamiania aplikacji, znajdowania plików i przechodzenia do konkretnej opcji w systemie.
  • Zniknęła sekcja Recommended, a razem z nią treści promocyjne, reklamy, trendy i podobne wstawki.
  • Po otwarciu Wyszukiwania interfejs ma być prostszy: zostaje podstawowa lista ostatnich wyszukiwań, bez nadmiaru rozpraszających elementów.
  • Poprawiono algorytm wyszukiwania tak, żeby lepiej radził sobie z literówkami, niepełnymi słowami i bardzo krótkimi, dwuznakowymi zapytaniami.
  • Dodano też możliwość wyłączenia wyników z sieci oraz sugestii Microsoft Store w Ustawieniach, dokładnie w sekcji Prywatność i zabezpieczenia, pod przełącznikiem odpowiadającym za pokazywanie sugerowanych wyników wyszukiwania.
  • Poprawiono wydajność i stabilność, tak by Wyszukiwanie uruchamiało się szybciej i rzadziej kończyło się awariami, zacięciami albo błędami.
  • Przebudowano również stronę wyników. Ma pokazywać więcej kontekstu, między innymi typ pliku i datę modyfikacji, a do tego podglądy, metadane oraz wyraźniejsze przyciski akcji, takie jak „Otwórz”.

To duża rzecz, bo Search od dawna przewijał się wśród najbardziej krytykowanych elementów Windows 11. Użytkownicy regularnie narzekali, że wyszukiwarka za mocno promuje Bing, Microsoft Store i różne sugestie, a jednocześnie zaskakująco słabo radzi sobie z najprostszym zadaniem: znalezieniem tego, co już jest na komputerze.

W praktyce chodzi o coś bardzo prostego. Jeśli używasz paska wyszukiwania jako narzędzia do pracy, masz szybciej trafiać do lokalnych plików i ustawień. Nowe Wyszukiwanie wyraźnie przypomina pod tym względem prostszy model znany z wcześniejszych wersji Windows, gdzie lokalne wyniki po prostu były najważniejsze.

Na ten moment nowa wersja jest dostępna tylko dla testerów Windows Insider w kanale Experimental, przynajmniej tak podaje Microsoft. Żeby w ogóle sprawdzić tę opcję, trzeba mieć dostęp właśnie do kanału Experimental w programie Windows Insider.

Nadal nie wiadomo, kiedy odświeżona wyszukiwarka trafi do stabilnego wydania Windows 11. Pierwsze reakcje są jednak wyraźnie pozytywne, bo Microsoft wreszcie odpowiada na krytykę, która od lat wracała przy jednej z najbardziej problematycznych funkcji systemu.

Reszta użytkowników musi jeszcze poczekać.

Sony DAT: format audio, który znalazł zastosowanie w backupach lat 90.

Sony pokazało dziś format DAT (Digital Audio Tape), mniejszego, cyfrowego następcę kasety magnetofonowej. Nośnik zaprezentowano w 1987 roku z myślą o nagrywaniu i odtwarzaniu muzyki w jakości porównywalnej z płytą CD. W domowym audio DAT nie stał się nowym standardem, ale ta sama technologia zrobiła później sporą karierę w profesjonalnym audio i w informatyce pod nazwą DDS (Digital Data Storage).

  • DAT (Digital Audio Tape) zaprezentowano w 1987 roku jako nośnik do nagrywania i odtwarzania muzyki.
  • Założenie było proste: DAT miał stać się nowym standardem domowego audio.
  • Tę samą technologię zaadaptowano później do przechowywania danych komputerowych i nazwano ją DDS, czyli Digital Data Storage.
  • W latach 90. małe kasety DDS służyły do robienia kopii zapasowych serwerów w tysiącach firm, także do nocnych backupów systemów, baz danych i firmowych dokumentów.
  • Pierwsza generacja DDS mieściła do 2 GB nieskompresowanych danych, a pod koniec dekady standard DDS-4 dochodził już do 20 GB.
  • Małe i lekkie kasety DDS ceniono również za to, że dało się je bez problemu wywieźć poza biuro albo serwerownię jako zabezpieczenie na wypadek awarii, pożaru lub kradzieży.
  • DAT trafił też do nagrań terenowych, archiwizacji i masteringu w profesjonalnym audio.

Najprościej ująć to tak: DAT był dość podobny do zwykłej kasety magnetofonowej, tylko działał już w świecie cyfrowym. Pomysł miał rozmach, ale rynek szybko poszedł w swoją stronę i DAT nie został nowym standardem w salonie.

Jednym z największych problemów była cena. Pierwsze odtwarzacze i rejestratory DAT kosztowały wyraźnie więcej niż zwykłe magnetofony, a nierzadko także więcej niż część odtwarzaczy CD.

Drugą przeszkodą okazał się lęk branży muzycznej przed perfekcyjnym kopiowaniem bez utraty jakości. Z tego powodu do konsumenckich urządzeń DAT dodano system SCMS, czyli Serial Copy Management System, który ograniczał dalsze kopiowanie materiału w postaci cyfrowej.

Skończyło się więc tak, że DAT najlepiej poradził sobie nie w domach, ale w studiach nagraniowych i przede wszystkim w działach IT, gdzie liczyła się niezawodność, a nie masowa popularność.

Żeby w ogóle korzystać z kopii zapasowych na kasetach DDS, potrzebny był napęd DDS oraz procedura, która po zakończeniu backupu pozwalała przenieść taśmę do innej lokalizacji. Dziś może to brzmieć skromnie, ale wtedy takie pojemności w zupełności wystarczały do firmowych kopii zapasowych.

Zwykli użytkownicy domowi musieli jeszcze poczekać na standard tańszy i mniej ograniczony. Wysokie ceny oraz blokady SCMS osłabiły jedną z największych zalet nowego formatu, więc przeciętny odbiorca nie miał specjalnego powodu, żeby porzucać kasety i płyty CD.

Później także w IT sukces DDS nie trwał bez końca. Gdy danych zaczęło szybko przybywać, firmy przesiadały się najpierw na DLT, a potem na LTO, bo te technologie lepiej odpowiadały potrzebom dużych środowisk korporacyjnych. Cała era DAT domknęła się w 2005 roku, kiedy Sony wycofało ostatnie maszyny tego typu.

To jeden z tych rzadkich momentów w historii technologii, kiedy produkt zaprojektowany z myślą o konsumentach przegrał na swoim głównym rynku, a jednocześnie okazał się bezcenny dokładnie tam, gdzie na początku mało kto szukał jego najważniejszego zastosowania.

Google zmienia zasady kopii zapasowych Androida: więcej danych wliczy do limitu

Google ogłosił dziś zmianę w zasadach kopii zapasowych Androida. Od 7 lipca 2026 roku dane z backupu telefonu będą inaczej liczone do limitu miejsca na koncie Google. Firma podała, że:

  • poszerzono zakres danych z kopii zapasowej, które wliczają się do limitu miejsca na koncie Google,
  • do zajętego miejsca będą teraz doliczane także SMS-y, historia połączeń i ustawienia urządzenia,
  • bez zmian zostają dane uwzględniane już wcześniej, między innymi treści z Google Photos i wiadomości MMS,
  • licznik obejmie większą część całej kopii zapasowej telefonu,
  • dla nowych użytkowników Androida nowe zasady zaczną działać od razu,
  • na istniejących kontach Google zmiana będzie wdrażana stopniowo w kolejnych miesiącach,
  • średni dodatkowy rozmiar nowo doliczanych danych Google szacuje na około 40 MB,
  • mają się też pojawić bardziej szczegółowe ustawienia kopii zapasowej,
  • dojdzie możliwość wyboru, czy w chmurze mają być zapisywane SMS-y, historia połączeń i ustawienia urządzenia,
  • rozszerzone zostaną również nowsze opcje zarządzania kopiami zapasowymi poszczególnych aplikacji.

W praktyce sprawa jest prosta: darmowe 15 GB, a także miejsce dostępne w płatnych planach Google, obejmie więcej elementów kopii zapasowej niż do tej pory. Dla większości osób ta różnica pewnie będzie niewielka. Ale jeśli trzymasz bardzo długą historię wiadomości, rozbudowaną historię połączeń albo już teraz masz konto Google wypełnione prawie po brzegi, każdy dodatkowy megabajt może zrobić różnicę.

W takich sytuacjach szybciej dobijesz do limitu i wcześniej zobaczysz komunikaty o braku miejsca. Na ten moment nowe zasady obejmują od razu tylko nowych użytkowników Androida. Na już istniejących kontach Google będą wprowadzane stopniowo w kolejnych miesiącach, tak jak zapowiedziało Google. Reszta użytkowników musi jeszcze chwilę poczekać.

Google zapowiada też dokładniejsze ustawienia backupu. Chodzi o to, żebyś mógł sam zdecydować, czy do chmury mają trafiać konkretne kategorie danych, na przykład SMS-y, historia połączeń albo ustawienia urządzenia. Żeby z tej opcji skorzystać, trzeba będzie mieć dostęp do nowych ustawień kopii zapasowej na swoim urządzeniu i koncie Google.

To ma uzupełnić nowsze opcje zarządzania backupem poszczególnych aplikacji, więc jeśli zależy ci na oszczędzaniu miejsca, łatwiej ograniczysz to, co faktycznie musi być trzymane online. Jest tu też szersze tło. Google od pewnego czasu porządkuje sposób liczenia miejsca w swoich usługach i coraz wyraźniej je monetyzuje: firma testowała już wariant z 5 GB darmowej przestrzeni dla części nowych, niezweryfikowanych kont, a równolegle odświeża ofertę płatnych pakietów.

Dla użytkownika najważniejsze jest jedno: kopia zapasowa Androida nadal będzie wygodnym sposobem zabezpieczania danych, ale od przyszłego roku wyraźniej odbije się na wolnym miejscu na koncie Google. Jeśli masz jeszcze spory zapas przestrzeni, najpewniej nie odczujesz dużej zmiany. Jeśli nie, to dobry moment, żeby sprawdzić, co właściwie zjada twoje gigabajty.

Discord już na Meta Quest: uruchomił natywną aplikację

30 czerwca 2026 roku Discord w końcu odpalił natywną aplikację na gogle VR Meta Quest. To oficjalne wydanie komunikatora, które właśnie dziś, 30 czerwca 2026 roku, trafiło do Meta Horizon Store i pozwala korzystać z Discorda bezpośrednio w VR, bez kombinowania z przeglądarką albo nieoficjalnymi sposobami instalacji. Społeczność czekała na ten moment od zapowiedzi Meta pokazanej podczas Meta Connect 2025.

Co się tu właściwie zmieniło?

  • W VR dostajesz teraz pełny dostęp do rozmów głosowych, czatów tekstowych, serwerów i wiadomości prywatnych, bez wychodzenia z headsetu.
  • Doszła obsługa standardowych funkcji, które znasz już z wersji desktopowej i mobilnej.
  • Da się też streamować rozgrywkę prosto z gogli do znajomych na Discordzie.
  • Przy połączeniach wideo aplikacja obsługuje awataara Meta.
  • Discorda można przypiąć jako nakładkę w grze, więc rozmowa i granie mogą lecieć jednocześnie.
  • Korzystanie z komunikatora podczas dłuższych sesji VR ma być po prostu wygodniejsze, szczególnie w grach społecznościowych i kooperacyjnych.
  • Mniej jest też męczącego przeskakiwania między aplikacjami i kombinowania z multitaskingiem w mało wygodnej formie.
  • Przy okazji znika potrzeba ratowania się przeglądarkową wersją Discorda albo apką na Androida wgrywaną spoza sklepu, gdzie pojawiały się problemy z mikrofonem, ograniczenia przy streamingu i ogólnie dość toporne wrażenia z używania.

Sam Discord na Queście jest bardzo bliski temu, co znasz z komputera i telefonu, ale dorzucono też kilka rzeczy zrobionych typowo pod VR. To przecież podstawowe narzędzie komunikacji dla graczy i internetowych społeczności, więc Meta razem z Discordem próbują zamienić dotychczasowy brak w coś w coś, co może naprawdę przekonać do VR jako platformy społecznościowej, a nie wyłącznie sprzętu do grania.

W praktyce natywna aplikacja ma sprawić, że rozmowa na Queście będzie tak samo naturalna jak na pececie czy smartfonie. To ma znaczenie właśnie teraz, kiedy Meta coraz mocniej pcha Questy jako platformę do wspólnych aktywności i grania online. Na ten moment aplikacja jest dostępna wyłącznie dla użytkowników Meta Quest 2, Meta Quest 3 i Meta Quest Pro.

Żeby z tego skorzystać, trzeba mieć jeden z tych headsetów i pobrać Discorda z Meta Horizon Store. Reszta użytkowników musi jeszcze poczekać.

Meta i Discord dorzucają też miesiąc Discord Nitro za darmo, jeśli zalogujesz się do aplikacji Discord na Queście do 30 września 2026 roku. W grudniu 2025 roku obie firmy wprowadziły już możliwość łączenia kont, co pozwoliło udostępniać aktywność. Dzisiejsza premiera jest po prostu następnym krokiem w tej współpracy.

Meta podkreśla jeszcze jedną rzecz: obecność Discorda na Questach może ułatwić twórcom gier VR docieranie do dużej społeczności graczy skupionej wokół tej platformy i poprawić widoczność tytułów VR. Dla ciebie oznacza to po prostu wygodniejszego Discorda w goglach. Dla Meta to kolejny klocek w budowaniu Questów jako bardziej kompletnej platformy.

Google Play od 30 czerwca dopuści zewnętrzne płatności w aplikacjach

Od 30 czerwca deweloperzy z USA, Wielkiej Brytanii i Europejskiego Obszaru Gospodarczego będą mogli oferować w aplikacjach inne metody płatności niż Google Play Billing. Google ogłosił dziś nowe zasady dla sklepu Google Play i to naprawdę duży ruch: po raz pierwszy na taką skalę odchodzi, choć tylko częściowo, od wymogu korzystania wyłącznie z własnego systemu płatności przy transakcjach cyfrowych.

Co dokładnie się zmienia?

  • Deweloperzy dostaną możliwość wdrożenia własnego systemu płatności dla zakupów w aplikacji.
  • Będą też mogli odsyłać użytkowników na zewnętrzne strony internetowe, żeby tam sfinalizować zakup.
  • Google poinformował również, że rozdzielił opłatę za usługi Google Play od opłaty za samo przetwarzanie płatności.
  • Sama opłata za usługi Google Play ma wynosić 10 proc. od pierwszego 1 mln rocznych przychodów.
  • Po przekroczeniu tego pułapu stawka wzrośnie do 20 proc. dla nowych instalacji i do 25 proc. dla instalacji już istniejących.
  • Do tego dojdzie osobna, 5-procentowa opłata za rozliczanie płatności przez Google Play.

Do tej pory zasada była prosta: wszystkie transakcje cyfrowe miały przechodzić przez Google Play Billing. Na razie nowe reguły obejmą tylko deweloperów z USA, Wielkiej Brytanii i krajów EOG. Właśnie tam zaczną obowiązywać 30 czerwca.

Google podał też harmonogram dla kolejnych rynków. Następna w kolejce jest Australia, gdzie zmiany mają wejść 30 września 2026 roku. Potem przyjdzie czas na Japonię i Koreę Południową, do końca 2026 roku. Szerzej, globalnie, wdrożenie ma ruszyć do września 2027 roku.

Jest jednak ważny warunek. Jeśli ktoś chce korzystać z rozliczania płatności przez Google Play, nadal musi mieć wdrożony system billingowy Google. Z kolei deweloper, który postawi na własne płatności, uniknie dodatkowej opłaty 5 proc. Nie oznacza to jednak pełnego wyjścia spod opłat Google, bo dalej trzeba będzie płacić za obecność w sklepie i korzystanie z jego infrastruktury. Reszta świata musi jeszcze poczekać.

Ta zmiana nie wzięła się znikąd. To efekt kilku lat presji prawnej i regulacyjnej. Na Google działały zarówno spory antymonopolowe, z głośną batalią z Epic Games na czele, jak i coraz mocniejszy nacisk ze strony regulatorów. Szczególnie w Europie, gdzie obowiązuje Akt o rynkach cyfrowych, czyli DMA.

Z punktu widzenia deweloperów najciekawsze może się okazać nie tyle samo cięcie kosztów, bo ono w praktyce wcale nie musi być aż tak duże, ile większa swoboda. Własny billing to bezpośredni kontakt z klientem, możliwość prowadzenia własnych programów lojalnościowych, lepszy dostęp do danych o zakupach i większa kontrola nad sprzedażą oraz promocjami poza ekosystemem Google.

Analitycy studzą jednak entuzjazm. Zwracają uwagę, że duzi wydawcy, którzy i tak będą chcieli zostać przy wygodzie i zasięgu systemu Google, mogą odczuć te oszczędności słabiej, niż sugerują same zapowiedzi otwarcia sklepu.