Star Wars Zero Company: ujawniono dziś głosy z The Clone Wars

Bit Reactor i Lucasfilm Games, jeszcze przed San Diego Comic-Con, pokazali obsadę głosową Star Wars Zero Company. To taktczna gra osadzona w czasach Wojen Klonów, a w zwiastunach i materiałach od razu da się wychwycić głosy mocno kojarzące się z Anakinem Skywalkerem i klonami.

Twórcy potwierdzili między innymi, że:

  • Matt Lanter znowu zagra Anakina Skywalkera.
  • Dee Bradley Baker wcieli się w nową postać o imieniu Trick. To ten sam aktor, którego fani znają jako głos Clone Trooperów z The Clone Wars i The Bad Batch.
  • Widać też wyraźnie, że twórcy celują w brzmienie dobrze znane z tego okresu świata Star Wars.
  • Poznaliśmy również Hawksa, byłego oficera Republiki i zarazem lidera tytułowej grupy najemników.
  • Samą postać Hawksa da się dostosować, a do wyboru będą dwa warianty głosu: Jonathan Freeman dla męskiej wersji bohatera i Erica Luttrell dla żeńskiej.
  • W grze pojawi się też Kundri Fathom, główna antagonistka całej historii, której głosu użyczy Rekha Sharma.
  • Kundri Fathom stoi na czele kultu Infinite Coil, sprzymierzonego z Separatystami, i właśnie na jego trop trafi Zero Company.
  • Akcja rozegra się w erze Wojen Klonów, a w skład drużyny wejdą między innymi Clone Trooper, Mandalorianka i padawan Jedi.
  • Kampania ma być w dużej mierze liniowa, ale część scen i momentów fabularnych zmieni się zależnie od składu drużyny.
  • Ujawniono też Bond System, w ramach którego bohaterowie walczący ramię w ramię będą budować więzi, a te przełożą się na nowe zdolności podczas starć.
  • Za projekt odpowiada Bit Reactor, studio założone przez deweloperów, którzy wcześniej pracowali przy grach Firaxis, w tym przy serii XCOM.
  • W obsadzie znaleźli się również JB Blanc jako Kabb Uppercut, Judy Alice Lee jako Jae Mordant, Jim Pirri jako Neesh Renark, D.C. Douglas jako M-3VO „Meevo” oraz Vic Michaelis jako Runa Blask.
  • Premiera została wyznaczona na 27 sierpnia 2026 r. Gra trafi na PC, PlayStation 5 oraz Xbox Series X/S, kampania ma wystarczyć na 30 do 40 godzin, a trybu New Game Plus nie będzie.

Star Wars Zero Company łączy singlową strategię turową z narracyjną grą o filmowej oprawie. Najbliżej jej do XCOM-a, tylko że całość przeniesiono w realia Wojen Klonów i oparto na oddziale złożonym z postaci z różnych frakcji. Dzięki temu dostajesz bardziej bezpośrednie spojrzenie na ten konflikt niż w klasycznej opowieści o wojnie Jedi z Separatystami.

Dla fanów taktyki oznacza to grę, która nie stawia na czystą akcję, tylko na bardziej systemowe podejście do walki i budowania składu oddziału. A jeśli chodzi o klimat The Clone Wars, najmocniej spina go tutaj duet Lantera i Bakera.

Na ten moment Star Wars Zero Company zmierza wyłącznie na PC , PlayStation 5 oraz Xbox Series X/S. Jeśli chcesz zagrać w dniu premiery, potrzebujesz jednej z tych platform. Reszta graczy musi jeszcze poczekać.

CISA i FBI ostrzegają dziś przed atakami na PLC: Siemens, Schneider i Rockwell na celowniku

CISA, FBI i inni partnerzy po stronie administracji federalnej opublikowali dziś zaktualizowane ostrzeżenie dotyczące kampanii prowadzonej przez hakerów powiązanych z Iranem. Celem są systemy sterowania przemysłowego używane w amerykańskiej infrastrukturze krytycznej. Chodzi o komunikat, który łączy ostrzeżenie o zagrożeniu z praktycznymi zaleceniami dla środowisk ICS, od których zależą między innymi dostawy energii, praca wodociągów i oczyszczalni, a także funkcjonowanie obiektów rządowych.

  • W lipcowej aktualizacji z 2026 r. CISA, FBI i partnerzy doprecyzowali, że atakujący biorą na celownik podłączone do internetu programowalne sterowniki logiczne, czyli PLC, produkowane przez Siemens, Schneider Electric i Rockwell Automation.
  • W nowej wersji alertu agencje poszerzyły wcześniejsze ostrzeżenie, które skupiało się głównie na urządzeniach Rockwell Automation.
  • Z komunikatu CISA i FBI wynika, że problem nie dotyczy jednego producenta, tylko szerszej grupy przemysłowych urządzeń sterujących.
  • Agencje przypomniały też, za co odpowiadają sterowniki PLC: automatyzują procesy w fabrykach, stacjach uzdatniania wody, sieciach energetycznych, systemach budynkowych i obiektach rządowych.
  • CISA, FBI i partnerzy poinformowali, że napastnicy korzystali z oficjalnych narzędzi inżynierskich producentów, tych samych, których integratorzy i administratorzy zwykle używają do konfiguracji urządzeń. Wśród nich wymieniono Rockwell Studio 5000 Logix Designer, Schneider EcoStruxure Control Expert oraz Siemens TIA Portal.
  • Zaktualizowane ostrzeżenie opisuje też sposób działania: hakerzy używali tych narzędzi do uzyskania dostępu do PLC, a potem wgrywali złośliwe pliki projektowe, modyfikowali interfejsy HMI i zmieniali dane pokazywane w systemach SCADA.
  • Agencje dodały, że w części incydentów aktywność napastników prowadziła do wyłączenia logiki alarmów i procedur bezpiecznego wyłączenia.
  • CISA, FBI i partnerzy potwierdzili również, że kampania już spowodowała u części ofiar zakłócenia operacyjne i straty finansowe.

Jeśli odpowiadasz za taką infrastrukturę, źle zabezpieczony sterownik PLC wystawiony do internetu może stać się najprostszą drogą do zakłócenia pracy całej instalacji. Agencje zwracają też uwagę na coś jeszcze: napastnicy nie poprzestawali na zwykłym skanowaniu sieci. Sięgali po standardowe narzędzia administracyjne używane na co dzień w środowiskach ICS.

I właśnie to robi ten scenariusz tak groźnym.

Bo wtedy nie chodzi już wyłącznie o wpływ na samo działanie urządzeń. Równie łatwo można utrudnić ocenę tego, co naprawdę dzieje się na obiekcie. W praktyce system może sprawiać wrażenie, że wszystko działa normalnie, choć kluczowe zabezpieczenia przestają funkcjonować, a w środowisku przemysłowym pojawiają się warunki zwyczajnie niebezpieczne.

Na razie CISA, FBI i partnerzy nie ujawnili publicznie studiów przypadków ani konkretnych kwot strat. Potwierdzili jednak, że u części ofiar doszło zarówno do zakłóceń operacyjnych, jak i strat finansowych. Eksperci opisują obecną falę ataków jako wyraźne zaostrzenie wcześniejszych działań, które często opierały się na starych i dobrze znanych słabościach, takich jak domyślne hasła albo bezpośrednie wystawienie urządzeń do sieci.

Trudno nie skojarzyć tej kampanii z głośną operacją CyberAv3ngers z 2023 r., wymierzoną w sterowniki Unitronics. W zaktualizowanym komunikacie CISA, FBI i partnerów znalazły się też nowe wskaźniki kompromitacji oraz zalecenia, które mają pomóc ograniczyć ryzyko.

Żeby wdrożyć te zalecenia, trzeba odłączyć od internetu urządzenia wystawione na zewnątrz, wprowadzić ścisłe zasady dostępu, segmentację sieci i po prostu mocniej domknąć zabezpieczenia środowisk OT. Jeśli w twojej sieci sterowniki PLC są dostępne z zewnątrz, nie ma tu na co czekać, trzeba działać od razu. Reszta będzie musiała poczekać na pełniejsze, publicznie dostępne szczegóły poszczególnych incydentów.

HD DVD przegrywa z Blu-ray: Toshiba kończy produkcję

Dziś Toshiba ogłosiła zakończenie produkcji odtwarzaczy i płyt HD DVD. W praktyce to symboliczny finał rywalizacji HD DVD z Blu-ray. Ta wojna formatów trwała od 2006 do początku 2008 roku i wcale nie była tak jednostronna, jak może się dziś wydawać po samym wyniku. Złożyły się na nią technologia, strategia, ceny i wpływy największych graczy na rynku.

  • Sprzęt i filmy na HD DVD były zazwyczaj tańsze dla klienta.
  • Duża część zaplecza używanego wcześniej do tłoczenia płyt DVD nadawała się także do HD DVD, więc koszty produkcji nośników były niższe, a wraz z nimi ryzyko i próg wejścia dla producentów.
  • HD DVD pojawiło się na rynku przed Blu-ray, akurat wtedy, gdy konsumenci dopiero zaczynali oswajać się z telewizorami HD.
  • Format przedstawiano jako rozwiązanie bliższe masowemu odbiorcy: ewolucyjne, tańsze i po prostu łatwiejsze do upowszechnienia.
  • I szczerze mówiąc, HD DVD naprawdę było do DVD całkiem podobne, więc dla wielu klientów wyglądało na prostszego i bardziej sensownego następcę.

Przesądził o wszystkim ruch Sony. Każde PlayStation 3 sprzedawane od dnia premiery miało wbudowany napęd Blu-ray. Jeśli więc ktoś kupował konsolę głównie do grania, to przy okazji dostawał też odtwarzacz nowego formatu.

Żeby w ogóle skorzystać z pełnej jakości obu standardów, trzeba było mieć telewizor HD. Jeszcze ważniejsza okazała się jednak baza użytkowników. Microsoft poszedł w inną stronę: w Xboxie 360 obsługa HD DVD była dostępna wyłącznie przez opcjonalny zewnętrzny napęd. Mało wygodne rozwiązanie, a do tego znacznie słabiej wspierające budowę realnej bazy użytkowników. Blu-ray zyskał więc sporą przewagę jeszcze zanim ta wojna dobiegła końca.

Najmocniejszy cios spadł na HD DVD w styczniu 2008 roku, kiedy Warner Bros. ogłosiło przejście wyłącznie na Blu-ray. To był moment przełomowy. Bez mocnego wsparcia ze strony wytwórni filmowych nawet niższa cena i prostsza produkcja przestawały mieć większe znaczenie.

Kilka tygodni później, w lutym 2008 roku, Toshiba poinformowała, że kończy produkcję odtwarzaczy i płyt HD DVD. Tym samym wojna formatów dobiegła końca, a Blu-ray zostało jedynym zwycięzcą ery nośników HD.

Samo rozstrzygnięcie nie zatrzymało jednak szerszego trendu. Wkrótce coraz szybciej zaczął rosnąć streaming, który stopniowo ograniczał znaczenie fizycznych nośników. Na dziś 4K Ultra HD Blu-ray pozostaje przede wszystkim formatem dla kolekcjonerów i fanów kina domowego, którzy nadal cenią jakość obrazu i dźwięku wyższą od tego, co zwykle oferują mocno skompresowane serwisy streamingowe.

Pytanie, czy HD DVD powinno było wygrać, wraca więc dość regularnie. Dla wielu klientów ten format mógł być po prostu bardziej sensownym następcą DVD. Tyle że zwycięstwo przypadło temu obozowi, za którym stanęły właściwe firmy, właściwa konsola i właściwe studia filmowe. Wszyscy inni użytkownicy muszą jeszcze poczekać.

Apple potwierdza koniec Maca Pro: porzucono prace nad mocniejszym modelem

Dziś Apple potwierdziło koniec Maca Pro. Ta stacja robocza, przez lata będąca desktopem Apple dla najbardziej wymagających użytkowników, właśnie dobiegła końca i nie dostanie bezpośredniego następcy. Dla profesjonalnej linii komputerów Apple to duża zmiana, bo rolę firmowego desktopa dla zawodowców przejął teraz Mac Studio.

  • Apple potwierdziło, że w marcu 2026 roku Mac Pro zniknął ze strony producenta i nie doczeka się bezpośredniego następcy.
  • Firma testowała też warianty, w których Mac Pro dostałby układy M2 Extreme, a później M3 Extreme, przygotowane z myślą o absolutnie najwyższym segmencie rynku profesjonalnego.
  • Same układy M2 Extreme i M3 Extreme projektowano tak, by dawały mniej więcej dwukrotnie wyższą wydajność niż wersje Ultra.
  • Założenie było ambitne: połączyć cztery układy z rodziny Max w jeden pakiet.
  • Ostatecznie Apple skasowało ten projekt po analizie kosztów opracowania i produkcji, a także po chłodnej ocenie popytu na ekstremalnie drogi komputer dla bardzo wąskiej grupy klientów.
  • W Macu Pro z 2023 roku Apple postawiło na układ M2 Ultra.
  • Pod względem osiągów ten Mac Pro był jednak najbardziej zbliżony do Maca Studio.
  • Apple dorzuciło obudowę typu tower i sloty PCIe, ale dla wielu użytkowników nie był to wystarczający argument, zwłaszcza przy dużo wyższej cenie.
  • Architektura Apple Silicon dodatkowo podważyła sens modularnego Maca Pro, głównie przez pamięć zunifikowaną i bardzo mocno zintegrowane komponenty.
  • Apple nie dodało też obsługi najmocniejszych zewnętrznych GPU firm trzecich, a dla części specjalistów od efektów wizualnych i produkcji audio miało to naprawdę duże znaczenie.
  • Skasowano również intelowski projekt J170, a potem także późniejszy model J190 z M3 Ultra, który miał zadebiutować na początku 2025 roku.
  • Miejsce desktopa dla profesjonalistów zajął Mac Studio. Jego kolejne odświeżenie, razem z modelami opartymi na M5 Ultra, jest spodziewane jesienią 2026 roku.

Jeśli patrzeć wyłącznie na osiągi, Mac Pro z 2023 roku był po prostu bardzo blisko Maca Studio. Dla profesjonalnej oferty Apple to wyraźny zwrot.

Mac Pro wyglądał jak sprzęt skrojony dla najbardziej wymagających, ale nie przynosił tak wyraźnego skoku wydajności, jakiego część rynku oczekiwała po komputerze z dopiskiem „Pro”.

Sama architektura Apple Silicon osłabiła sens istnienia modularnego Maca Pro. A bez wsparcia dla topowych zewnętrznych GPU od firm trzecich ten komputer przestał być tak oczywistym wyborem, jak był wcześniej.

Na dziś bezpośredni następca Maca Pro nie jest planowany. W centrum desktopowej oferty Apple dla wymagających użytkowników stoi więc Mac Studio. Jeśli ktoś szuka teraz profesjonalnego komputera stacjonarnego od Apple, to właśnie on przejął tę rolę.

Żeby korzystać z najmocniejszego desktopa Apple, jaki da się dziś kupić w aktualnej ofercie, trzeba sięgnąć po Mac Studio. Reszcie pozostaje czekać, czy firma kiedyś wróci jeszcze do komputera tej klasy.

Starlink pokazał dziś V5: mniejsza antena, ale bez szybszego internetu

Dziś, 14 lipca 2026 roku, Starlink pokazał domową antenę satelitarną Starlink V5. To terminal do stacjonarnego internetu domowego i, patrząc na specyfikację opublikowaną przez Starlinka, trudno mówić tu o wyraźnym skoku osiągów względem Starlinka V4. W tym modelu firma skupiła się przede wszystkim na niższym poborze prądu i mniejszych gabarytach, nie na szybszym internecie.

Ze specyfikacji Starlinka wynika, że: – prędkość usług domowych nie została podniesiona; – deklarowana maksymalna prędkość została określona na 375 Mb/s poziomie powyżej, podczas gdy teoretyczny szczyt Starlinka V4 sięgał ponad 400 Mb/s; – średni pobór mocy spadł do 35–50 W, zamiast 75–100 W w Starlinku V4; – waga została obniżona do 2,4 funta, czyli około 1,1 kg, z 6,5 funta, czyli blisko 3 kg; – wymiary zmniejszono do 12,05 × 15,12 cala, czyli około 30,6 × 38,4 cm; – w zestawie znajduje się sama antena, składana podstawka, mniejszy router Starlink Router Mini, adapter do montażu na maszcie lub dachu oraz potrzebne przewody.

Jeśli korzystasz z zasilania awaryjnego albo masz instalację off-grid, niższe zużycie energii może po prostu oznaczać niższe koszty działania i większą wygodę tam, gdzie prądu nie ma pod dostatkiem.

Chodzi między innymi o generatory solarne, magazyny energii, duże stacje zasilania i systemy w rodzaju Tesla Powerwall.

Do tego dochodzą mniejsze rozmiary i niższa waga. To może zwyczajnie ułatwić zarówno montaż, jak i transport.

Jedna rzecz jest przy tym jasna: Starlink V5 nie jest sprzętem do używania w trakcie jazdy.

To antena przewidziana do zastosowań stacjonarnych. Internet w czasie jazdy nadal pozostaje domeną innych linii Starlinka, takich jak Starlink Roam i Starlink Mini.

Na ten moment Starlink V5, według informacji podawanych przez Starlinka, jest dostępny wyłącznie w wybranych regionach USA.

Sam terminal pokazano 14 lipca 2026 roku, a szersza dostępność ma, zgodnie z zapowiedzią firmy, rozszerzać się stopniowo razem ze wzrostem produkcji.

Żeby skorzystać z tego terminala już na starcie, trzeba mieć dostęp do oferty Starlinka w tych regionach i wybrać tańszy domowy plan z prędkością 100 Mb/s.

Przy wyższym pakiecie nadal dostaniesz antenę Starlink V4.

To dość jasno pokazuje, jak Starlink ustawia ten model: przede wszystkim jako bardziej ekonomiczny , oszczędniejszy energetycznie zestaw do podstawowych zastosowań domowych, a nie nowego lidera pod względem osiągów.

Cała reszta użytkowników musi na razie po prostu poczekać, aż Starlink V5 trafi do szerszej sprzedaży.

WhatsApp testuje przypomnienia o urodzinach: ruszyły testy w becie na Androidzie

W jednej z najnowszych bet WhatsAppa na Androidzie wypatrzono ślady nowej funkcji: przypomnień o urodzinach zapisanych kontaktów. Meta najwyraźniej nad nią pracuje. Chodzi o prosty mechanizm przypominający o ważnych datach znajomych, bardzo podobny do tego, który od lat działa na Facebooku.

  • W kodzie testowej wersji pojawiła się sekcja „Urodziny”, gdzie daty mają być wyświetlane chronologicznie.
  • W tym samym kodzie znaleziono też powiadomienia o zbliżających się urodzinach kontaktów oraz komunikat pokazywany w dniu urodzin.
  • Dodano również rozwiązanie, które ma pomóc pamiętać o takich datach bez zaglądania do kalendarza czy książki adresowej.

Na tę chwilę funkcja wciąż nie jest dostępna publicznie. Jej ślady zauważono tylko w jednej z ostatnich bet WhatsAppa na Androida, co zwykle oznacza wczesny etap prac i to, że przed premierą sporo może się jeszcze zmienić.

Żeby w ogóle zobaczyć oznaki istnienia tej opcji, trzeba mieć jedną z najnowszych wersji beta aplikacji na Androida. Najwięcej znaków zapytania dotyczy źródła danych. WhatsApp może sięgać po daty urodzin zapisane wcześniej w kontaktach telefonu, ale równie dobrze może korzystać z informacji o dacie urodzenia podanej kiedyś przy weryfikacji wieku albo z powodów prawnych.

I właśnie to budzi największe wątpliwości. Chodzi o to, skąd dokładnie te dane miałyby pochodzić i czy użytkownik naprawdę miałby pełną kontrolę nad tym, kto może je zobaczyć. Z dotychczasowych doniesień wynika, że w obecnym kodzie testowym nie widać jeszcze jasnych ustawień prywatności dotyczących widoczności dat urodzin. To byłby problem, gdyby funkcja automatycznie odsłaniała takie informacje większej liczbie kontaktów.

W przypadku WhatsAppa, który od lat mocno akcentuje temat prywatności, brak takich ustawień trudno byłoby sensownie obronić. Dlatego można zakładać, że przed premierą Meta dorzuci opcje widoczności: dla wszystkich kontaktów, dla wybranych osób albo wyłącznie dla siebie, jeśli miałoby to działać tylko jako prywatne przypomnienie.

Według danych podawanych przez Metę z WhatsAppa korzysta już ponad 3 mld osób na świecie. Przy takiej skali nawet pozornie drobna nowość może błyskawicznie zamienić się w jedną z częściej używanych funkcji społecznościowych, zwłaszcza w krajach, gdzie WhatsApp jest podstawowym narzędziem codziennego kontaktu, jak Indie, Brazylia czy Indonezja.

Przypomnienia o urodzinach dobrze wpisują się też w szerszy kierunek rozwoju WhatsAppa. To już dawno nie jest tylko prosta aplikacja do czatowania. Usługa regularnie dostaje nowe narzędzia, funkcje dla firm, kolejne opcje związane z prywatnością, a do tego testowane dodatki pokroju nazw użytkownika.

Na razie nie wiadomo ani kiedy funkcja trafi do stabilnej wersji aplikacji, ani czy pojawi się równocześnie na Androidzie i iPhonie.

Jeśli Meta porządnie dopnie sprawy prywatności, WhatsApp może dostać kolejne narzędzie, które jeszcze mocniej przywiąże użytkowników do platformy. Reszta musi na razie po prostu poczekać.

Android Halo: Google ujawnił dziś więcej o panelu agentów

Google pokazało dziś Android Halo, nową funkcję w Androidzie. To systemowe połączenie panelu stanu i cyfrowego asystenta, które ma pokazywać w pasku stanu, co agent robi w tle i na jakim etapie jest wykonanie zadania.

– W pasku stanu pojawiło się osobne miejsce dla agentów. – Można na bieżąco podejrzeć postęp zadania bez skakania między aplikacjami. – W trakcie wykonywania kilku kroków w tle agent może dopytać o brakujące informacje. – Po zakończeniu działania system pokazuje wynik. – Przewidziano obsługę Google Gemini i agentów tworzonych przez firmy zewnętrzne. – Całość ma działać w odseparowanym środowisku. – Agent może współpracować z wybraną aplikacją w wirtualnym oknie, bez swobodnego dostępu do innych danych i usług telefonu. – Deweloperzy dostaną interfejsy API AppFunctions. – Dla aplikacji, które nie wdrożą nowych interfejsów, przygotowano framework do automatyzacji interfejsu.

Według Google Android Halo ma być stale widocznym, zawsze dostępnym panelem stanu dla agentów działających w systemie. Jeśli zlecisz agentowi kilka kroków wykonywanych w tle, telefon pokaże postęp, poprosi o brakujące informacje, a na końcu wyświetli rezultat. Bez ciągłego otwierania kolejnych aplikacji i ręcznego sprawdzania, czy coś już się wydarzyło.

Ma to wyglądać czytelniej i mniej inwazyjnie niż klasyczne wyskakujące okna albo pełnoekranowe widoki. Najprościej mówiąc, Android Halo przypomina systemowy wskaźnik aktywności dla zadań wykonywanych przez asystenta.

Google sporo mówi też o bezpieczeństwie. Agent ma działać w kontenerze odseparowanym od reszty systemu, co powinno ograniczyć ryzyko zbyt szerokich uprawnień. To odpowiedź na obawy związane z prywatnością, bo przy działaniach rozbitych na kilka etapów użytkownik ma widzieć nie tylko to, co agent właśnie robi, ale również do czego dostał dostęp. Z drugiej strony głębsza integracja na poziomie systemu może rozmywać granice, które do tej pory oddzielały od siebie aplikacje.

Po stronie deweloperów oznacza to nowe interfejsy API AppFunctions. Dzięki nim będą mogli udostępniać funkcje swoich aplikacji agentom w bardziej uporządkowany sposób. Jeśli ktoś nie wdroży nowych interfejsów, Google chce sięgnąć po framework automatyzujący interfejs, który będzie po prostu symulował działania użytkownika. To może przyspieszyć wdrożenia. Pojawiają się jednak pytania o niezawodność i przewidywalność takiego rozwiązania.

Na razie nie padła konkretna data debiutu Android Halo, chociaż z dotychczasowych zapowiedzi wynika, że funkcja ma pojawić się jeszcze w tym roku; możliwe więc, że trafi do Androida 17. Żeby skorzystać z niej po premierze, trzeba będzie mieć wersję Androida obsługującą Halo.

Dla całego rynku to sygnał, że Google może krok po kroku odchodzić od modelu opartego wyłącznie na pojedynczych aplikacjach i przesuwać Androida w stronę podejścia zadaniowego. Jeśli Android Halo faktycznie się przyjmie, konkurencja pewnie odpowie własnymi mechanizmami, które równie jasno pokażą, co dzieje się w tle telefonu.

Reszta użytkowników musi jeszcze poczekać na Android Halo.

Google Messages testuje czat pomocy: oficjalne wsparcie w becie

Google zaczął testować oficjalny czat pomocy w jednej z najnowszych publicznych wersji beta aplikacji Google Messages. Chodzi o połączenie kanału z ogłoszeniami i zautomatyzowanego wsparcia, tak żeby dało się sprawdzić bezpośrednio w aplikacji, co nowego się pojawiło i jak z tego korzystać.

  • W kodzie aplikacji Google Messages pojawiło się zaproszenie do dołączenia do oficjalnego czatu.
  • Dodano opcję przyjęcia albo odrzucenia zaproszenia.
  • Po zaakceptowaniu tworzona jest nowa rozmowa RCS z kontem wsparcia Google.
  • Zamiast jednostronnych komunikatów i linków do pomocy nowy czat ma działać jak zwykła rozmowa, w której od razu można zapytać, do czego służy dana funkcja albo gdzie ją znaleźć.
  • Google przygotowało zautomatyzowany czat pomocy dla Messages, który ma wyjaśniać najważniejsze elementy aplikacji i krok po kroku prowadzić po nowych opcjach.

To faktycznie przypomina firmowe czaty z ogłoszeniami, tylko tutaj oficjalny czat pomocy Google Messages miałby działać w obie strony. Sam test dobrze pasuje też do szerszego kierunku obranego przez Google, czyli rozwijania interfejsów konwersacyjnych.

W becie Google Messages pojawiały się już integracje z Gemini od Google, które pomagają przy pisaniu wiadomości i podpowiadają różne sugestie. Nowy czat wsparcia wygląda jednak na osobny pomysł. W tym przypadku nacisk położono na tłumaczenie funkcji aplikacji Google Messages, a nie na same rozmowy.

Takie rozwiązanie skraca drogę między wprowadzeniem zmiany a wyjaśnieniem jej w komunikatorze, który dostaje coraz więcej nowości, a część z nich nie zawsze jest od razu intuicyjna. Zamiast ekranów powitalnych czy wpisu na blogu dostajesz po prostu rozmowę w samej aplikacji Google Messages.

Na razie funkcja jest dostępna tylko w jednej z najnowszych publicznych wersji beta Google Messages. Nadal nie ma też żadnych informacji o szerokim udostępnieniu, globalnym wdrożeniu, obsłudze wielu języków ani o bardziej rozbudowanym systemie wsparcia w samej aplikacji. Żeby z niej skorzystać, trzeba mieć jedną z ostatnich publicznych wersji beta Google Messages.

Trzeba też brać pod uwagę, że Google wciąż może zmienić sposób działania tej funkcji przed ewentualnym wdrożeniem. Równolegle Google Messages przechodzi serię innych zmian, bo w ostatnim czasie pojawiły się albo są testowane między innymi Tap to draft dla inteligentnych odpowiedzi oraz przekazywanie wielu wiadomości naraz, a od maja 2026 roku zaczęło się też wdrażanie szyfrowania end-to-end dla wiadomości RCS między Androidem i iOS wraz z iOS 26.5.

Część użytkowników narzeka na zmiany w interfejsie i problemy z niezawodnością RCS. Są też jednak rozwiązania, które spotykają się z lepszym odbiorem. Tap to draft jest tu dobrym przykładem, bo pomaga uniknąć przypadkowego wysłania podpowiedzi bez wcześniejszego sprawdzenia treści. Reszta użytkowników musi na razie poczekać.