Amazon Games zabiera głos o nowym Tomb Raiderze: 2028 rok wciąż niepotwierdzony

Amazon Games opublikowało dziś oświadczenie, ale nie przyniosło ono odpowiedzi, na którą czeka wielu fanów: firma nie potwierdziła, że nowy Tomb Raider zadebiutuje w 2028 roku. Chodzi o kolejną główną odsłonę serii przygotowywaną przez Crystal Dynamics na Unreal Engine 5, roboczo określaną jako Tomb Raider: Catalyst. Za wydanie odpowiada Amazon Games, a sama gra, przynajmniej z tego, co dotąd o niej wiadomo, wydaje się dość bliska wcześniejszym głównym częściom Tomb Raidera.

  • W komunikacie Amazon Games padło tylko tyle, że firma nie ma na ten moment „żadnych nowych informacji do przekazania” w sprawie terminu premiery.
  • Jednocześnie zapewniono, że prace nad projektem idą dobrze, a kolejne szczegóły zostaną pokazane bliżej debiutu.
  • Wcześniej Jeffrey Gattis z Amazon Games zasugerował w wywiadzie, że gra mogła przesunąć się z 2027 na 2028 rok.
  • Oficjalnie nikt tego jednak nie potwierdził wprost, ale też nie pojawiło się żadne stanowcze dementi.
  • Do tej pory tytuł najczęściej łączono właśnie z 2027 rokiem i to ten termin przewijał się najczęściej.
  • Pojawiła się też informacja, że Catalyst ma trafić na rynek dopiero po Tomb Raider: Legacy of Atlantis.
  • Samo Tomb Raider: Legacy of Atlantis to osobny remake pierwszego Tomb Raidera z 1996 roku, przeniesiony z 2026 roku na 12 lutego 2027 roku.
  • Wcześniej potwierdzono też, że nowy Tomb Raider powstaje na Unreal Engine 5.

Ta rozbieżność błyskawicznie zwróciła uwagę ludzi, którzy śledzą serię. Na dziś data premiery dalej pozostaje mglista, a sam tytuł Tomb Raider: Catalyst wciąż nie został oficjalnie zatwierdzony przez Amazon Games.

Sytuacja jest dość prosta, choć wcale nie czytelna. Z jednej strony mamy wypowiedź wysoko postawionego przedstawiciela Amazon Games. Z drugiej, oficjalna odpowiedź firmy tej zmiany nie potwierdza, ale też jej nie ucina. Ponieważ do tej pory gra najczęściej była wiązana z 2027 rokiem, słowa Jeffreya Gattisa stały się pierwszym tak wyraźnym sygnałem z wysokiego szczebla, że harmonogram mógł przesunąć się o jeszcze jeden rok.

Na razie Amazon Games nie pokazuje więcej.

Firma trzyma się krótkiego przekazu: produkcja rozwija się zgodnie z oczekiwaniami i tyle.

Crystal Dynamics jak dotąd publicznie nie odniosło się do samej daty premiery, więc ostateczny plan wydawniczy nadal nie jest potwierdzony. Jeśli informacje Jeffreya Gattisa okażą się trafne, wariant z premierą nowej głównej części w 2028 roku zaczyna brzmieć wiarygodnie. Dziś wciąż jesteśmy jednak zawieszeni gdzieś między sygnałem z wewnątrz a bardzo ostrożnym komunikatem PR.

Nie pomaga też szersze tło sprawy. Studio ma za sobą niedawne zwolnienia, a marka Tomb Raider rozwijana jest równolegle w kilku kierunkach: w grze, serialu aktorskim dla Prime Video i odświeżonej serii animowanej dla Netflixa. Oficjalna odpowiedź Amazon Games na ten moment sprowadza się właściwie do jednego: na potwierdzenie jest jeszcze za wcześnie. Jeśli czekasz na premierę, pozostaje czekać dalej, tym razem już na konkretą datę.

Star Wars wróci do kin w wersji z 1977 roku: Disney bez remake’u

Disney i Lucasfilm oficjalnie otworzyły dziś obchody 50-lecia „Star Wars”, czyli rocznicy premiery „Star Wars: A New Hope” z 1977 roku. Co ważne, nie towarzyszyła temu żadna oficjalna zapowiedź remake’u oryginalnej trylogii. W centrum całego jubileuszu stoi właśnie „Star Wars: A New Hope”, film, od którego zaczęła się światowa historia tej sagi.

  • W lutym 2027 roku do kin ma wrócić oryginalna, niezmieniona wersja „Star Wars: A New Hope”.
  • Chodzi o pierwotny montaż, jeszcze sprzed zmian, które George Lucas wprowadzał przez lata, a nie o późniejsze edycje „Special Edition”.
  • Zapowiedziano też „Star Wars: A New Hope: Triple Take”, czyli powieść graficzną, która pokaże wydarzenia z pierwszego filmu z perspektywy Luke’a Skywalkera, księżniczki Lei i Hana Solo.
  • 2 lutego 2027 roku mają ukazać się nowe, pełne wersje audiobooków adaptacji „Nowej nadziei”, „Imperium kontratakuje” i „Powrotu Jedi”.
  • Wszystkie trzy nagra Marc Thompson, dobrze znany fanom uniwersum z wielu produkcji audio osadzonych w świecie „Star Wars”.
  • W lutym 2027 roku w The Franklin Institute w Filadelfii ma też ruszyć „Star Wars: The Experience”.
  • Z wypowiedzi przedstawiciela Hasbro wynika ponadto, że Lucasfilm szykuje szeroko zakrojoną ofensywę rocznicową: nowe produkty, współprace i wydarzenia rozpisane na cały rok.

Na ten moment Disney i Lucasfilm nadal nie ogłosiły remake’u całej oryginalnej trylogii, czyli „Nowej nadziei”, „Imperium kontratakuje” i „Powrotu Jedi”. Dla wielu fanów najciekawszą częścią tych planów pozostaje jednak co innego: powrót do kin pierwotnej wersji „Star Wars: A New Hope”. Wokół dostępności filmu w kształcie sprzed poprawek znanych z wydań „Special Edition” dyskusja trwa przecież od lat.

Dla społeczności to jedna z najbardziej wyczekiwanych wersji w historii kina, więc sam powrót oryginalnego „Star Wars: A New Hope” może znaczyć więcej niż jakikolwiek remake. Jeśli chcesz zobaczyć ten film w formie bliższej temu, co oglądała publiczność pod koniec lat 70., właśnie ten pokaz ma to umożliwić. Warto też dodać, że „Star Wars: The Experience” wygląda raczej na dużą, immersyjną wystawę multimedialną niż na zwykły seans kinowy.

Na razie nie podano jeszcze żadnych konkretów dotyczących międzynarodowej dystrybucji kinowego pokazu, więc nadal nie wiadomo, na ilu rynkach poza USA to wydarzenie będzie dostępne. Żeby zobaczyć oryginalną wersję „Star Wars: A New Hope” na dużym ekranie, trzeba będzie po prostu mieć dostęp do kina objętego tą dystrybucją.

Nie wiadomo też, jaką dokładnie rolę w tych obchodach odegrają „Imperium kontratakuje” i „Powrót Jedi” poza premierą audiobooków. Z tego powodu to właśnie „Nowa nadzieja” pozostaje dziś sercem całego jubileuszu. Reszta widzów musi jeszcze poczekać.

HBO Max przeprowadził dziś rotację: zniknie cała seria „John Wick”

Dzisiejsza comiesięczna rotacja w HBO Max przyniosła kilka nieprzyjemnych zmian. Z harmonogramu aktualizacji katalogu na rynku amerykańskim wynika, że pod koniec lipca 2026 z platformy wypadnie parę bardzo głośnych tytułów, w tym cała seria „John Wick”. Jeśli odkładałeś seans „Johna Wicka” albo miałeś w planach nadrobić trochę mocniejszych pozycji z biblioteki, czasu zostało już naprawdę niewiele.

W harmonogramie HBO Max pojawiają się następujące usunięcia:

  • „John Wick” ma zniknąć 31 lipca 2026.
  • „John Wick: Chapter 2” również wypada z oferty 31 lipca 2026.
  • „John Wick: Chapter 3 – Parabellum” pozostanie dostępny do 31 lipca 2026.
  • „John Wick: Chapter 4” także ma zostać usunięty 31 lipca 2026.
  • Z końcem miesiąca z katalogu ma zniknąć też „Alien: Covenant”.
  • Ten sam termin dotyczy „Wuthering Heights”.
  • „Knox Goes Away” z 2024 roku ma zostać usunięty 25 lipca 2026.
  • Na 26 lipca 2026 wyznaczono usunięcie nominowanego do Oscara dokumentu „Capturing the Friedmans”.

Najbardziej odczuwalna strata dotyczy całej serii z Keanu Reevesem. Do 31 lipca da się jeszcze obejrzeć albo odświeżyć całą historię legendarnego zabójcy, a dla fanów kina akcji to po prostu ostatni dzwonek na maraton jednego z najważniejszych współczesnych cykli gatunkowych.

Co ważne, sama seria „John Wick” wcale się na tym nie kończy. Lionsgate potwierdziło już piątą część, a do projektu mają wrócić zarówno Keanu Reeves, jak i reżyser Chad Stahelski.

Gdybyś miał wybrać tylko trzy tytuły na ostatni seans, kolejność nasuwa się właściwie sama. Pierwszy to „John Wick”, bo świetnie łączy nowoczesne kino akcji z thrillerem, ma bardzo dobrą choreografię walk, prosty, ale skutecznie zbudowany świat i bohatera, który dawno przebił się do popkulturowej pierwszej ligi. Drugi wybór to „Alien: Covenant”. To nie jest najwyżej oceniana odsłona uniwersum „Obcego”, ale dla fanów serii wciąż pozostaje ważnym elementem rozwijającym jej mitologię. Zresztą trudno nie zauważyć, jak blisko temu filmowi do „Prometeusza”, skoro rozwija ten sam fragment świata przedstawionego. Trzecim tytułem jest „Wuthering Heights”, czyli propozycja dla tych, którzy wolą coś mniej oczywistego niż widowiskowa akcja albo kosmiczny horror. W takim zestawie działa jak wyraźna przeciwwaga, bo zamiast rozmachu dostajesz bardziej klasyczny, romantyczno-gotycki klimat.

Nie wszystkie filmy dotrwają w serwisie do samego końca miesiąca. „Capturing the Friedmans” to przy tym tytuł, który regularnie wraca w zestawieniach najciekawszych dokumentów true crime, więc spokojnie można dopisać go do krótkiej weekendowej listy.

Takie ruchy nikogo specjalnie nie dziwią, bo tak właśnie działa branża streamingowa. Platformy opierają sporą część oferty na licencjach wygasających po określonym czasie: jedne umowy dobiegają końca, inne zostają przedłużone, a katalog musi zrobić miejsce na nowe premiery. Na ten moment informacje o usunięciach dotyczą głównie rynku amerykańskiego. Serwisy nie zawsze od razu precyzują, których regionów dotyczą zmiany, ani gdzie później trafią poszczególne filmy.

Żeby sprawdzić, czy dany tytuł nadal jest dostępny, trzeba zajrzeć do katalogu HBO Max w swoim regionie. Jeśli więc planujesz seans, lepiej nie zostawiać go na ostatni dzień. Wszyscy pozostali użytkownicy muszą na razie poczekać, aż zmiany zostaną potwierdzone także w ich lokalnych katalogach.

Resident Evil ma nowy zwiastun: mroczniejsza i brutalniejsza ekranizacja

Nowy zwiastun kinowego rebootu Resident Evil właśnie trafił do sieci. Twórcy pokazali materiał, z którego od razu bije dużo mroczniejszy i brutalniejszy ton niż w części wcześniejszych ekranizacji. Do tego film ma opowiedzieć zupełnie nową historię, rozgrywającą się równolegle do wydarzeń znanych z gier. Nic dziwnego, że po premierze trailera szybko ruszyły pytania o to, w jaką stronę pójdzie fabuła.

  • Nowy zwiastun bardzo wyraźnie stawia na mroczniejszy i brutalniejszy ton niż część wcześniejszych ekranizacji.
  • Materiał zdradza też, że film nie będzie historią Jill Valentine , Leona S. Kennedy’ego ani innych najbardziej rozpoznawalnych bohaterów serii.
  • Potwierdzono również datę premiery kinowej: 18 września 2026 roku .
  • Trailer przedstawia Bryana , medycznego kuriera granego przez Austina Abramsa , i wszystko wskazuje na to, że to on będzie centralną postacią filmu.
  • Zapowiedziano przy tym całkowicie oryginalną fabułę, osadzoną równolegle do wydarzeń z Resident Evil 2 .
  • Po tym, co pokazano, widać nacisk na napięcie, klaustrofobię i przetrwanie, a nie na widowiskową akcję.
  • Są też krew, paniczna ucieczka i rodzaj niepokoju, który bardziej kojarzy się z survival horrorem niż z typowym blockbusterem o zombie.
  • Nie zabrakło ukłonów w stronę gier, między innymi maszyny do pisania i znajomych oznaczeń amunicji do strzelby, które od razu przywodzą na myśl Resident Evil 4.
  • Ten film to kolejny restart ekranowego uniwersum po Resident Evil: Welcome to Raccoon City z 2021 roku oraz po anulowaniu serialu Resident Evil od Netfliksa.

Zwiastun sugeruje, że tym razem patrzysz na świat pochłonięty przez biologiczny koszmar z perspektywy Bryana. To od razu pokazuje, że Zach Cregger nie zamierza po prostu sięgać po najbardziej znane wątki z serii i przenosić ich na ekran jeden do jednego. Dla części widzów brzmi to jak dobra wiadomość. Po latach filmów, które tylko luźno inspirowały się grami, nowy bohater i świeża historia mogą dać tej marce trochę oddechu. Ale dla innych to kolejny znak, że filmowe Resident Evil znowu odsuwa się od tego, na co czekają wieloletni fani.

Zach Cregger mówił już wcześniej, że film opowie całkowicie oryginalną historię , toczącą się równolegle do wydarzeń z Resident Evil 2. Jeśli kojarzysz tę markę głównie z gier, to właśnie tutaj zaczynają się największe znaki zapytania na osi czasu. Reżyser wyraźnie nie chce robić wiernej ekranizacji jednej konkretnej części. Jednocześnie umieszczenie akcji obok jednego z najbardziej lubianych momentów w historii serii automatycznie prowokuje pytania. Gdzie w tym wszystkim są Leon, Claire i Raccoon City w tej formie, którą wszyscy znamy?

Sam trailer podpowiada też coś jeszcze: tym razem na pierwszym planie nie stoi widowiskowa akcja, tylko napięcie, klaustrofobia i walka o przetrwanie. To dobrze pasuje do wcześniejszych zapowiedzi Zacha Creggera , który mówił, że chce zrobić intensywniejszy horror niż poprzednie adaptacje. I to naprawdę czuć. Ten materiał ma w sobie klimat survival horroru znanego z gier, a nie energię typowego blockbustera o zombie, nawet jeśli sama fabuła niekoniecznie idzie ścieżką, której część fanów mogła się spodziewać.

Po publikacji zwiastuna w sieci szybko zrobiło się gorąco, bo reakcje są mocno podzielone. Jedni chwalą świeże podejście, ciężki klimat i to, że film nie próbuje po raz kolejny odtwarzać tych samych scen. Inni reagują zagubieniem albo zwyczajnym rozczarowaniem, głównie przez brak ikonicznych postaci i odejście od głównych wątków znanych z gier. Na ten moment zwiastun w ogóle nie wyjaśnia, jak w tej równoległej historii mieliby funkcjonować Leon, Claire czy Raccoon City w swojej najbardziej rozpoznawalnej wersji. Do tego dochodzą jeszcze pierwsze, nieoficjalne sygnały z pokazów testowych, a te mają być zaskakująco pozytywne.

Według relacji jednego z uczestników takich pokazów testowych film opisano nawet jako „horrorową wersję Fury Road”. Już po samym zwiastunie widać jednak jedno: nowe Resident Evil nie zamierza iść w bezpieczne powtarzanie tego, co marka robiła wcześniej. Na ostateczny werdykt reszta widzów musi jeszcze chwilę poczekać.

Rockstar dziś pod presją: pracownicy chcą końca crunchu przed GTA 6

Dziś Rockstar Game Workers Union, związek działający w ramach Independent Workers’ Union of Great Britain (IWGB), ruszył ze staraniami o dobrowolne uznanie przez Rockstar Games. Stawką są negocjacje zbiorowe i warunki pracy w studiu robiącym GTA 6. Na ten moment firma i związek nie doszły do porozumienia, a jeśli rozmowy utkną w martwym punkcie, RGWU zapowiada wejście w formalną procedurę ustawową.

  • Według lipca 2026 roku pierwsze formalne spotkanie z kierownictwem Rockstar Games odbyło się w lipcu 2026 roku.
  • Związek domaga się od firmy ustalenia „harmonogramu szybkich negocjacji”.
  • Jeśli z tych rozmów nic nie wyjdzie, RGWU zapowiada możliwość wejścia na drogę ustawową, czyli uruchomienia formalnej procedury uzyskania uznania.
  • Jako najważniejszy punkt sporu związek wskazuje crunch.
  • RGWU chce mocniejszych zabezpieczeń przed długimi okresami nadgodzin przed ważnymi etapami produkcji.
  • Domaga się też prostej, jasnej zasady: każda dodatkowa godzina ma być opłacana.
  • Związek wymienił pięć głównych postulatów: koniec crunchu i płatne nadgodziny, przejrzystość wynagrodzeń i bonusów, elastyczną organizację pracy z możliwością pracy z domu, gwarancje, że technologia nie posłuży do zastępowania pracowników, a także zobowiązanie firmy do unikania zwolnień.
  • Temat crunchu nie pojawia się tu przypadkiem. Rockstar Games od lat należy do studiów najgłośniej krytykowanych za nadmierne nadgodziny.
  • Szerzej patrząc, cały sektor gier wciąż zmaga się z pytaniem, jak chronić pracowników przy największych premierach.
  • Wróciły też wcześniejsze zarzuty, że w kontraktach Rockstar Games pojawiały się zapisy ograniczające ochronę wynikającą z przepisów o czasie pracy.
  • Przypomniano również, że w październiku 2025 roku Rockstar Games zwolnił ponad 30 pracowników w Wielkiej Brytanii, Kanadzie i Indiach.
  • Pracownicy oraz IWGB twierdzą, że te działania były wymierzone w organizowanie się załogi.
  • Rockstar Games odrzuca te oskarżenia i utrzymuje, że chodziło o „poważne naruszenie obowiązków” związane z udostępnianiem poufnych informacji.
  • Wiadomo też, że zwolnienia są obecnie kwestionowane przed trybunałem pracy.
  • Do rozmów wrócił temat pracy zdalnej, po tym jak Rockstar Games wycofał się z wcześniejszych rozwiązań na początku 2024 roku, tłumacząc to względami bezpieczeństwa.
  • Dla części zespołu to dziś jeden z kluczowych elementów rozmów o warunkach pracy.
  • W tle są także protesty pod biurami Rockstar Games w Edynburgu i Londynie.
  • Kampanię poparło 22 liderów związkowych, reprezentujących łącznie ponad 1,3 mln pracowników, którzy zaapelowali do Rockstar Games o uznanie związku.
  • Gdyby doszło do działań protestacyjnych przed premierą GTA 6, pracownicy mogliby znaleźć się w wyjątkowo mocnej pozycji negocjacyjnej.
  • Sam Rockstar Game Workers Union daje do zrozumienia, że jest już na tyle zorganizowany, by realnie zawalczyć o uznanie.
  • Przypomniano też szacunki mówiące, że między 2022 rokiem a połową 2025 roku branża gier straciła około 45 tys. miejsc pracy.
  • Jednocześnie rośnie poparcie dla związków zawodowych w gamedevie, a Rockstar Games staje się jednym z najważniejszych sprawdzianów tego, jak daleko ta zmiana może dojść w największych studiach.

Trudno nie zauważyć, że spór między Rockstar Game Workers Union a Rockstar Games przypomina inne głośne konflikty pracownicze w branży gier. Tu jednak stawka jest wyższa, bo nad wszystkim wisi premiera GTA 6.

Jeśli śledzisz ten temat, to sedno nie sprowadza się wyłącznie do zwolnień i nadgodzin. Chodzi też o szerszy model ochrony pracowników przy wielkich premierach, kiedy presja w studiach zwykle rośnie najmocniej.

Na dziś Rockstar Game Workers Union prowadzi rozmowy o dobrowolnym uznaniu i nadal nie ma porozumienia z Rockstar Games.

Jeśli obecny etap negocjacji nie przyniesie rezultatów, związek będzie musiał wejść na ścieżkę ustawową, żeby skorzystać z formalnej procedury wymuszenia uznania.

Reszta pracowników na wynik tych rozmów musi jeszcze poczekać.

Mistborn od Apple: listopad 2026 to nie premiera filmu

Dziś Apple ruszyło z pracami nad filmową adaptacją Mistborn, jednego z najważniejszych cykli w wielkim uniwersum fantasy Cosmere stworzonym przez Brandona Sandersona. Plany wobec Cosmere są zresztą szersze: powstaje seria filmów Mistborn, a obok niej także serial oparty na The Stormlight Archive.

  • Wyjaśniono przy okazji, że listopad 2026 nie oznacza ani premiery nowej powieści, ani debiutu ekranizacji Mistborn.
  • Ta listopadowa data odnosi się do produktów tabletopowych osadzonych w świecie Mistborna.
  • Na początku 2026 roku ogłoszono, że Apple przejęło prawa do szeroko rozumianego Cosmere.
  • W planach znalazła się filmowa seria Mistborn oraz serial na podstawie The Stormlight Archive.
  • Dla Apple to duża wygrana w wyścigu o wielkie fantasy.
  • Reakcje były entuzjastyczne, bo chodzi o markę z potencjałem na rozbudowaną franczyzę.
  • Potwierdzono też, że Brandon Sanderson zachował dużą kontrolę kreatywną i działa przy projekcie bezpośrednio, jako scenarzysta oraz producent.
  • Po latach słabszych ekranizacji fantasy tworzonych bez mocnego udziału autora taka wiadomość zwyczajnie uspokaja czytelników.
  • W lipcu 2026 roku przekazano, że scenariusz pierwszego filmu Mistborn jest już bliski ukończenia.
  • Mimo tego projekt Mistborn wciąż znajduje się na zbyt wczesnym etapie, by premiera w 2027 roku była realna.
  • Zapowiedziano również, że Mistborn trafi do kin, a nie będzie wyłącznie premierą streamingową.
  • Vin została nieco postarzana, do późnego wieku nastoletniego.
  • Przy roli Kelsiera mówi się o ambitnym castingu, z aktorem o naprawdę głośnym nazwisku.
  • Na listopad 2026 wyznaczono debiut Mistborn: Legacy, podręcznika głównego, world guide oraz akcesoriów do Cosmere Roleplaying Game.
  • Z kolei premiera Mistborn: The Deckbuilding Game – The Well of Ascension została ustalona na 18 listopada 2026 roku.

Skala Cosmere spokojnie stawia ten świat obok największych współczesnych marek fantasy, więc jeśli śledzisz ten projekt, to bezpośrednie zaangażowanie Brandona Sandersona pewnie ma dla ciebie duże znaczenie.

Na ten moment film Mistborn nadal nie ma konkretnej daty premiery, a listopad 2026 należy do gier stołowych, kart i podręczników, nie do kinowego debiutu.

Na film Mistborn fani muszą jeszcze trochę poczekać.

Apple zwiększa sprzedaż Maków mimo spadku rynku PC: +10,1 proc.

Dziś analitycy opublikowali raport o rynku PC za II kwartał 2026 roku. Wynika z niego, że Apple zwiększyło dostawy komputerów Mac, choć cały rynek PC poszedł w dół. Właśnie w II kwartale 2026 roku, po dziewięciu kolejnych kwartałach wzrostu, globalna sprzedaż komputerów znowu wyhamowała.

Z danych z raportu wynika, że:

  • dostarczono 68,2 mln komputerów, czyli o 4,9 proc. mniej niż rok wcześniej;
  • ceny komponentów wzrosły przez globalne niedobory pamięci i nośników danych, mniej więcej o 20-40 proc.;
  • wyższe koszty odbiły się potem na cenach gotowych komputerów;
  • część klientów przyspieszyła zakupy w obawie przed następnymi podwyżkami, ale wiele planowanych wymian sprzętu po prostu odłożono;
  • najmocniej osłabł segment popularnych laptopów i komputerów kupowanych do domu;
  • część popytu podtrzymały zakupy firmowe po wcześniejszym zakończeniu wsparcia dla systemu Windows 10 firmy Microsoft w październiku 2025 roku;
  • rynek dostał też wsparcie z naturalnej fali wymiany urządzeń kupowanych masowo w czasie boomu pracy zdalnej w 2020 roku.

Na tle słabnącego rynku Apple wyraźnie się wyróżniło. Z raportu wynika, że firma zwiększyła dostawy komputerów Mac o 10,1 proc. rok do roku, do 6,7 mln sztuk, i dobiła do około 9,9 proc. udziału w światowym rynku komputerów osobistych.

Na razie to właśnie Apple najmocniej rośnie wśród największych producentów. Lenovo, HP i Dell zakończyły kwartał na minusie, co dobrze pokazuje, jak trudno było utrzymać tempo sprzedaży przy droższych podzespołach i ostrożniejszych wydatkach klientów.

Jeśli planowałeś zakup komputera, podwyżki cen mogły zadziałać w obie strony: część osób przyspieszyła decyzję, a część odłożyła wymianę sprzętu na później. W przypadku Apple lepszy wynik można wiązać z mocnym popytem na obecną linię Maców, lojalnością użytkowników i siłą ekosystemu Apple, który skutecznie zatrzymuje ludzi przy marce.

Nie widać też sygnałów, by za ten wynik odpowiadał rzekomy „MacBook Neo”. Takie wzmianki nie mają potwierdzenia w przywoływanych badaniach rynku. Dużo bardziej prawdopodobne jest połączenie stabilnej oferty, rozpoznawalnej marki i oczekiwania na kolejne nowości.

Następne kwartały wcale nie muszą być równe. Firmy nadal będą odświeżać swoje floty komputerów, ale konsumenci wciąż mocno patrzą na ceny. Jeśli presja kosztowa na pamięci i dyski nie zelżeje, producenci mogą mieć problem z szybkim odbudowaniem dynamiki sprzedaży.

Po zakończeniu wsparcia dla systemu Windows 10 firmy Microsoft pełne wsparcie oznacza już nowszy system albo nowszy sprzęt, dlatego zakupy firmowe nadal podtrzymują ten segment. W dłuższej perspektywie coraz większe znaczenie będą miały także laptopy oparte na architekturze ARM.

Prognozy rynkowe mówią, że do 2027 roku laptopy oparte na architekturze ARM mogą przekroczyć jedną czwartą rynku PC. To zwiększy presję na tradycyjnych producentów, którzy do tej pory opierali się głównie na układach x86. Reszta użytkowników musi jeszcze poczekać na wyraźniejsze odbicie rynku.

Ted Lasso wraca: Apple TV+ podało datę premiery 4. sezonu

Apple TV+ oficjalnie potwierdziło 4. sezon „Teda Lasso”, podało datę premiery, 5 sierpnia 2026 roku, i od razu zdradziło najważniejszą zmianę: w nowych odcinkach Ted Lasso poprowadzi kobiecy zespół AFC Richmond, który zagra w drugiej lidze. Wiadomo też, że wraca Jason Sudeikis. Cały sezon ma liczyć 10 odcinków, publikowanych co środę, a finał wyznaczono na 7 października 2026 roku.

  • Premiera 4. sezonu została wyznaczona na 5 sierpnia 2026 roku.
  • Sezon będzie miał 10 odcinków i będzie emitowany w środy.
  • Finał trafi na Apple TV+ 7 października 2026 roku.
  • Punkt wyjścia fabuły wyraźnie się zmienia: Ted Lasso przenosi się z męskiej drużyny AFC Richmond do kobiecego zespołu.
  • Potwierdzono powrót Jasona Sudeikisa.
  • Wrócą też Hannah Waddingham, Juno Temple, Brett Goldstein i Jeremy Swift.
  • Do obsady dołączają Tanya Reynolds, Jude Mack, Faye Marsay, Rex Hayes, Aisling Sharkey, Abbie Hern oraz Grant Feely.

Ten ruch nie pojawił się znikąd. Pod sam koniec 3. sezonu „Teda Lasso” Keeley rzuciła Rebecce pomysł stworzenia kobiecej drużyny AFC Richmond, więc dziś tamta scena wygląda już nie jak ładny dopisek na koniec, tylko jak wyraźna zapowiedź tego, co miało nadejść.

Z ostatnich raportów wynika, że twórcy „Teda Lasso” liczą na to, że taki nowy start przywróci serialowi energię, którą wielu widzów pamięta jeszcze z początku całej serii.

Pojawiają się nawet porównania do „magii pierwszego sezonu”, choć z ocenami lepiej się jeszcze wstrzymać do premiery. Te same doniesienia mówią też o rosnącym optymizmie za kulisami, zarówno jeśli chodzi o poziom nowych odcinków, jak i sam powrót Jasona Sudeikisa.

Przez długi czas wcale nie było pewne, czy ten serial jeszcze wróci. Wcześniejsze informacje mówiły, że produkcja nowej serii mogłaby ruszyć mniej więcej w czerwcu 2025 roku, a finał 3. sezonu sporo widzów traktowało po prostu jako naturalne domknięcie całej historii.

Teraz obraz wygląda już inaczej. Najnowsze doniesienia sugerują, że Jason Sudeikis może mieć plan rozpisany nawet na trzy sezony. To stawia 4. sezon w trochę innym świetle: nie tylko jako sentymentalny powrót, ale też jako początek następnego etapu dla jednej z najważniejszych marek Apple TV+, która ma już na koncie 61 nominacji do Emmy i dwa Złote Globy.

Na ten moment Apple TV+ wciąż nie ujawniło pełnych informacji o rolach nowych aktorów i nie potwierdziło, czy po 4. sezonie powstaną kolejne. Żeby obejrzeć nowe odcinki, trzeba mieć dostęp do Apple TV+. Wśród fanów widać mieszane reakcje: z jednej strony jest ekscytacja, z drugiej wraca pytanie, czy serial naprawdę ma jeszcze coś do dopowiedzenia w historii, którą wielu uznało już za zamkniętą. Reszta odpowiedzi przyjdzie dopiero latem przyszłego roku.

SEAL Team trafi na Netflixa w USA: jest data premiery

Netflix podał dziś, że serial SEAL Team trafi do amerykańskiej biblioteki Netflixa 18 sierpnia 2026 roku. To połączenie wojskowej akcji, dramatu o zespole i historii o psychicznych kosztach służby. Teraz, kiedy emisja serialu już się zakończyła, ma szansę dotrzeć szerzej niż w czasach, gdy jego głównym domem było Paramount+.

  • W amerykańskiej ofercie Netflixa premiera została wyznaczona na 18 sierpnia 2026 roku.
  • Serwis zapowiedział też dodanie do biblioteki kilku sezonów serialu SEAL Team.
  • Nadal nie ujawniono, ile sezonów będzie dostępnych dokładnie w dniu premiery.
  • Samo pojawienie się SEAL Team w katalogu ma znaczenie, bo to jedna z najlepiej rozpoznawalnych współczesnych produkcji wojskowych w telewizji.
  • Cała seria SEAL Team liczy 114 odcinków.
  • Historia dobiegła końca wraz z siódmym, finałowym sezonem, którego emisja zakończyła się w październiku 2024 roku.
  • W obsadzie są David Boreanaz jako Jason Hayes, a także Max Thieriot, Neil Brown Jr., A.J. Buckley i Toni Trucks.
  • Serial zadebiutował we wrześniu 2017 roku na antenie CBS, gdzie pokazano pierwsze cztery sezony.
  • W trakcie piątego sezonu produkcja przeniosła się do Paramount+, a przy okazji zrobiła się wyraźnie dojrzalsza i ostrzejsza w tonie.
  • SEAL Team trafia do serwisu w ramach szerszej umowy licencyjnej między Netflixem a Paramount Global, która obejmuje również Mayor of Kingstown i Lawmen: Bass Reeves.

Na ten moment potwierdzenie dotyczy wyłącznie Stanów Zjednoczonych. O ewentualnym szerszym, międzynarodowym udostępnieniu wciąż nie podano żadnych szczegółów.

Jeśli chcesz obejrzeć SEAL Team w potwierdzonym terminie, potrzebujesz dostępu do amerykańskiej wersji Netflixa.

Poza USA pozostaje jeszcze czekać na informacje o dostępności. I jedna ważna rzecz: chodzi o aktorski serial SEAL Team, a nie o animowany film SEAL Team z 2021 roku pod tym samym tytułem, bo to może część widzów zwyczajnie zmylić.

SEAL Team opowiada o losach Bravo Team, elitarnej jednostki Navy SEAL, która trafia na najtrudniejsze i najbardziej niebezpieczne misje.

W centrum tej historii jest Jason Hayes, grany przez Davida Boreanaza.

Dla osób, które wolą zaczynać serial dopiero wtedy, gdy całość jest już zamknięta, to może mieć spore znaczenie. Nie ma tu obawy o cliffhangery i niepewną przyszłość kolejnych sezonów. Wejście SEAL Team do Netflixa dobrze pokazuje też, co potrafi zrobić większa platforma z serialem, który wcześniej był dostępny głównie w serwisie o mniejszym zasięgu. Taki tytuł może po prostu dostać drugie życie. W przypadku SEAL Team taki scenariusz nadal wygląda całkiem realnie.

Xbox Game Pass znów wywołuje dyskusję: były twórca Forza Horizon 5 twierdzi, że model się nie spiął

Microsoft znowu rozpalił dyskusję wokół Xbox Game Passa. Chodzi o abonament Microsoftu, który łączy bibliotekę gier z cyfrową dystrybucją na Xboxie i PC. Tym razem punktem zapalnym były słowa Mike’a Browna, byłego dyrektora kreatywnego Forzy Horizon 5. Brown uznał Game Pass za świetny pomysł z perspektywy graczy, ale jednocześnie dał do zrozumienia, że jako model biznesowy od początku był to projekt trudny do utrzymania.

  • Mike Brown, były dyrektor kreatywny Forzy Horizon 5, ocenił Xbox Game Pass jako rozwiązanie bardzo korzystne dla graczy, ale zasugerował też, że od samego startu ciężko było zbudować wokół niego trwałą opłacalność.
  • Według danych, które wróciły przy tej okazji do obiegu, w lipcu 2026 roku Xbox Game Pass miał około 30 mln subskrybentów.
  • Przypomniano również, że na początku 2024 roku usługa notowała 34 mln użytkowników, mimo że wewnętrzny plan Microsoftu zakładał dojście do 77 mln do 2026 roku.
  • Wróciła też wypowiedź Ashy Sharmy, CEO Xboxa, która mówiła, że Xbox Game Pass nie rósł w takim tempie, jakiego oczekiwano, a z czasem stał się po prostu zbyt drogi dla graczy.
  • W październiku 2025 roku Microsoft podniósł cenę pakietu Game Pass Ultimate o 50%, co według doniesień miało skończyć się odpływem milionów subskrybentów.
  • W kwietniu 2026 roku firma ponownie obniżyła cenę, ale szkody w retencji i wizerunku usługi mogły już wtedy zostać wyrządzone.

Kiedy zestawi się cel 77 mln użytkowników z około 30 mln subskrybentów raportowanych w lipcu 2026 roku, skala rozjazdu między planem a rzeczywistością robi się aż nadto widoczna. I właśnie to ma dziś uchodzić za jeden z powodów szerokiej korekty strategii Xboxa. Sedno argumentu Browna było zresztą dość oczywiste: co innego zbudować atrakcyjną ofertę abonamentową, a co innego zebrać taką liczbę płacących użytkowników, która faktycznie spina cały model finansowo.

W praktyce problemem okazał się właśnie ten drugi element. Dla wielu obserwatorów był to moment, w którym dotychczasowy układ przestał się bronić. Z jednej strony masz usługę, która musi wyglądać świetnie w oczach gracza. Z drugiej, rachunek biznesowy. Jeśli cena jest za niska, coraz trudniej na tym zarabiać. Jeśli rośnie za mocno, ludzie zaczynają odchodzić.

Xbox Game Pass dość łatwo porównać do Netflixa dla gier. Taki skrót dobrze oddaje logikę tej usługi: szeroka oferta ma przyciągać masowego odbiorcę, ale cały system potrzebuje stałego wzrostu liczby osób, które co miesiąc płacą. W tym samym czasie Microsoft planuje zlikwidować 3200 etatów do końca roku fiskalnego 2027 i stopniowo wycofywać się z części studiów. W takim układzie Game Pass coraz rzadziej wygląda jak oczywisty motor wzrostu, a coraz częściej jak fragment strategii, który trzeba gruntownie przebudować.

Widać to choćby po nowych wariantach cenowych Xbox Game Passa. Widać też po zapowiedzi, że kolejne części Call of Duty nie będą trafiały do usługi w dniu premiery. Analitycy odczytują to jako odwrót od najbardziej ofensywnej wersji strategii abonamentowej, tej samej, która miała jednocześnie napędzać subskrypcje i sprzedaż konsol.

Krytyczne głosy nie dochodzą zresztą wyłącznie z zewnątrz. Część szefów studiów Xboxa oraz byli menedżerowie od dawna przekonują, że Xbox Game Pass może osłabiać postrzeganą wartość samych gier. Jeden z byłych liderów studia nazwał ten model wręcz wyścigiem na dno i przekonywał, że wrzucanie dużych premier do abonamentu od pierwszego dnia może odbijać się na sprzedaży po pełnej cenie.

Na razie pełny obraz ekonomii Xbox Game Passa zna tylko Microsoft. Żeby rzetelnie ocenić, czy ten model naprawdę się opłaca, trzeba byłoby zobaczyć, jak dzielone są przychody między wewnętrzne zespoły Microsoftu, partnerów zewnętrznych i twórców indie. Tych danych firma wciąż szerzej nie pokazuje, podobnie jak dokładnego sposobu, w jaki ten podział wygląda.

Reszta musi jeszcze poczekać.