Nowe trendy: najlepsze gify zawsze pod ręką z Gifit

Żyjemy w świecie obrazów. Za ich pomocą możemy często wyrazić więcej niż tekstem. Szczególnie w internecie. Dlatego też w sieci od dawna furorę robią różnego typu memy oraz gify. Te pierwsze, w uproszczeniu, to przerobione i okraszone śmiesznym hasłem obrazki. Te drugie to zapętlone fragmenty scen z filmów czy seriali. Kto choć raz nie przesłał swoim znajomym śmiesznego mema lub gifa?

Jeżeli lubicie publikować lub przesyłać zabawne gify znajomym i rodzinie, to już nie musicie ograniczać się tylko do komputera. Jest do tego aplikacja! Nazywa się Gifit i stanowi wasze mobilne centrum śmiesznych gifów.

Gifit to aplikacja, która zasysa z sieci zabawne gify i grupuje je w różnych kategoriach. Można więc za jej pomocą odkryć gify w takich kategoriach, jak chociażby śmiech, smutek, picie, tańczenie i wiele, wiele więcej.

Aplikacja zawiera aż 6 stron z różnymi kategoriami. Te zaś oferują setki mniej lub bardziej zabawnych gifów. W ten sposób Gifit staje się twoim podręcznym repozytorium śmiesznych ruchomych obrazków.

Jednak jej największą zaletą nie jest bycie tylko ogromną bazą gifów, ale również możliwość wysyłania ich do znajomych z poziomu telefonu. Wystarczy kliknąć w wybrany obrazek, a następnie wybrać jedną z kilku opcji. Za pomocą aplikacji można zapisać gifa, przesłać go SMS-em, skopiować jego adres URL lub dodać do ulubionych.

Nie wszystkie te funkcje działają idealnie. Gdy chcemy przesłać gifa za pomocą, na przykład WhatsAppa, nie prześlemy samego obrazka, ale tylko link do niego. Zależy to oczywiście od tego, czy dany komunikator wspiera gify. WhatsApp czy FB Messenger niestety tego nie robią, ale za to Hangouts już tak.

Niemniej jednak Gifit to ciekawa aplikacja, dzięki której nigdy nie zabraknie wam zabawnych gifów i zawsze będziecie je mieli pod ręką – na ekranie waszego telefonu.

Zobacz także:

Nowe trendy: procenty pod kontrolą z Percentage Calculator

Nowe trendy: La-La, czyli muzyczne wiadomości

Swarm i Foursquare: dwie strony tego samego medalu

Foursquare to popularna aplikacja, która służy do wyszukiwania ciekawych miejsc, w których można zjeść i się napić. Aplikacja ta zyskała rzeszę fanów, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, ale również w Polsce jest spore grono użytkowników z niej korzystających. W ostatnich miesiącach usługa ta przeszła dużą przemianę, dzieląc się właściwie na dwie osobne aplikacje: Swarm i Foursquare. Ten ostatni dostał właśnie aktualizację, która przypieczętowała przemianę wzbudzającą wśród użytkowników sporo kontrowersji.

Jeszcze kilka miesięcy temu Foursquare był aplikacją, w której można było wyszukać restauracje, a następnie się w nich zameldować (check-in). Moduł ten był połączony ze zdobywaniem punktów oraz specjalnych odznak. Aplikacja cieszyła się sporą popularnością i wciągu kilku lat zdobyła 55 milionów wpisów oraz prawie 5 miliardów zameldowań. Jednak jej twórcy postanowili pójść w nieco innym kierunku i „wypatroszyli” Foursquare z opcji meldowania. Tak narodził się Swarm.

Swarm skupia się na jednym celu – meldowaniu się w danych lokalizacjach. Aplikacja pozwala na pokazanie innym użytkownikom, w którym miejscu się znajdujemy. Umożliwia także prostą komunikację ze znajomymi w postaci wpisów pod danym check-inem. Nie ma jednak możliwość oceniania miejsc, zostawiania rozbudowanych wskazówek i tym podobnych funkcji. Swarm w swojej funkcjonalności został właściwie ograniczony tylko do jednej opcji.

Dopełnieniem tego obrazu stała się niedawna aktualizacja Foursquare, który przemienił się już w typowy przewodnik po knajpkach i restauracjach z możliwością komentowania, dodawania zdjęć, oceniania, itp. Jeżeli jednak chcemy się zameldować w danym miejscu, aplikacja odeśle nas do Swarm.

Skąd ten podział, który z jednej całkiem nieźle działającej aplikacji stworzył dwie?

Jej twórcy twierdzą, że wynika to z samej aktywności użytkowników, którzy z jednej strony szukają miejsca do zjedzenia posiłku, ale niekoniecznie sprawdzają, jacy znajomi akurat się znajdują w pobliżu. Za to kiedy chcą wybrać się na wspólnego drinka, wtedy używają funkcji check-in. Oczywiście w uproszczeniu.

Tłumaczenie dobre, jak każde inne. Nie ulega jednak większym wątpliwościom, że twórcy Foursquare chcą uczynić z niego lepszą wersję Yelp, głównego konkurenta na amerykańskim rynku. Yelp, który właściwie ma prawie te same funkcje, co stary Foursquare, przyciąga 138 milinów użytkowników miesięcznie. A to przecież tylko ułamek ludzi, którzy szukają w sieci miejsca, gdzie mogliby pójść coś zjeść. Jest więc o co walczyć, a nowa wersja Foursquare’a ma właśnie temu służyć.

I rzeczywiście Foursquare skupia się teraz przede wszystkim na poszukiwaniu. Na samym początku definiujemy nasze potrzeby i zwyczaje, dzięki czemu algorytm aplikacji ma jeszcze lepiej dobierać dla nas ofertę. Wykorzystuje do tego również nasze wcześniejsze meldunki oraz nowe check-iny ze Swarm. W ten sposób aplikacja wie, gdzie jemy, co lubimy, jakie mamy zwyczaje i oferuje te restauracje, które mogą nam przypaść do gustu. Usprawniono również funkcję oceniania, dodawania komentarzy oraz ręcznego wyszukiwania, dzięki czemu Foursquare stał się naprawdę użytecznym narzędziem dla wszystkich niezdecydowanych.

Czy wystarczy to do walki z Yelp oraz do przyciągnięcia nowych użytkowników? Trudno powiedzieć, jednak nowa wersja aplikacji sprawuje się całkiem dobrze. Tylko co właściwie z brzydszym bratem, czyli Swarm?

W tym momencie pozbawiony cech grywalizacji Swarm jest właściwie dość mało użytecznym tworem. Widać to szczególnie po naprawdę słabych notach w App Store, gdzie aplikacja ma niecałe 1,5 gwiazdki na 5. Choć twórcy Foursquare zapowiadają skupienie się na tej usłudze i wzbogacenie jej nowymi, społecznościowymi funkcjami, to trudno się oprzeć wrażeniu, że coś poszło nie tak.

Wprawdzie obecne trendy w tworzeniu aplikacji pokazują, że warto skupiać się nie na wielofunkcyjnych produktach, ale na aplikacjach, które rozwiązują jeden konkretny problem (jak chociażby robi to teraz Facebook czy Runtastic), to jest pewien zgrzyt.

Przyglądając się nowej wersji Foursquare, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w aplikacji tej jest jak najbardziej miejsce na funkcję check-in. Generowanie osobnej aplikacji tylko dla tej opcji jest całkowicie zbędne. Wystarczy chociażby spojrzeć na Yelp, który wciąż ma wbudowaną tę funkcję, a która nie przeszkadza zupełnie w niczym. Ten obecny dwugłos sprawia, że z jednej strony po znalezieniu nowej knajpki muszę iść do innej aplikacji, by się zameldować, a z drugiej nie mogę sprawdzić ocen danego miejsca, gdy korzystam tylko ze Swarm. Przez to trzeba skakać między dwoma aplikacjami. Ilu z użytkowników zrezygnuje z check-in, bo nie będzie im się chciało przechodzić do Swarm?

Nie wątpię, że za tym podziałem przemawiają pewne argumenty i model biznesowy, który jeszcze nie do końca został odkryty. Niemniej jednak w przypadku Foursquare podział na dwie aplikacje nie jest, w mojej opinii, ani konieczny, ani pożądany. Generuje tylko więcej problemów niż przynosi pożytku. Przynajmniej z punktu widzenia użytkownika.

Co sądzicie o podziale Foursquare i Swarm?

Zobacz także:

Nowe trendy: procenty pod kontrolą z Percentage Calculator

Kontrowersje wokół aplikacji e-food. O co w tym chodzi?


Nowe trendy: procenty pod kontrolą z Percentage Calculator

Jeżeli po przeczytaniu tytułu pomyślałeś o kolejnej aplikacji do sprawdzania zawartości alkoholu we krwi, to muszę cię rozczarować. Jednak nie oddalaj się jeszcze drogi czytelniku, bo ta aplikacja polskiego programisty Mateusza Muchy warta jest kilku sekund poświęconej jej uwagi, ponieważ nie jest to zwykły kalkulator, jakich tysiące znajdziesz w sklepach z aplikacjami.

Percentage Calculator to aplikacja dostępna zarówno na iOS-a jak i Androida, która została zauważona nie tylko w naszym pięknym kraju, ale również w zachodnich portalach dotyczących nowych technologii. Dlaczego? Gdyż łączy ona w sobie użyteczność i odpowiedź na rzeczywistą potrzebę użytkownika z naprawdę dobrze przygotowanym interfejsem. A więc ma te elementy, które cechują po prostu dobrą aplikację.

Jeżeli szukasz klasycznego kalkulatora numerycznego, to Percentage Calculator na pewno nim nie jest. Jest to właściwie aplikacja, która skupia się na formułach. Czyli podajemy konkretne dane, a aplikacja dokonuje obliczeń. Co można za jej pomocą policzyć, a właściwie przeliczyć?

Poczynając od zwykłego procenta, przez przeliczenie napiwku z podziałem na gości i określenie realnego rabatu w sklepie, po stosunek ceny do ilości czy zamianę ułamków na procenty. Percentage Calculator to jednak nie tylko liczenie procentów w sklepie i restauracji. To również możliwość przeliczenia marży i narzutu, VAT-u, podatku od sprzedaży, lokaty, inflacji, itp.

Oczywiście nie są to bardzo zaawansowane ekonomiczne i matematyczne równania. Jednak na szybko potrafią one sprawić niemały kłopot. Dlatego też aplikacja ma przede wszystkim być wygodna, a korzystanie z niej ma usprawnić codzienne obliczenia. Pomaga w tym interfejs i dobrze zaprojektowana nawigacja, która ułatwia wyszukiwanie konkretnych formuł. Dzięki temu błyskawicznie możemy zacząć przeliczać procenty.

Choć idea aplikacji do przeliczania procentów nie jest szczególnie nowa i zapewne znajdziemy w Google Play czy App Store mnóstwo tego typu aplikacji, to jednak nie można odmówić twórcy Percentage Calculator świetnej roboty. Prosty w obsłudze, użytecznyi szybki program z kategorii narzędzia też może okazać się sukcesem. Niekoniecznie trzeba robić kolejną aplikację do edycji fotek czy komunikator z samoniszczącymi się wiadomościami. Czasami warto sięgnąć po klasykę i zaproponować narzędzie, które rzeczywiście rozwiązuje pewien problem, a następnie je dobrze zaprezentować.

Percentage Calculator na dobre zawitał w moim telefonie, a i wam go gorąco polecam.

Zobacz także:

Top 5 darmowych aplikacji na Androida do śledzenia Ekstraklasy

Liga ruszyła! Oznacza to nowy sezon dla fanów piłki nożnej, podczas którego będą mogli emocjonować się meczami swoich ulubionych drużyn. Oczywiście najwygodniej jest oglądać mecz w miękkim fotelu przed dużym telewizorem lub z przyjaciółmi w ulubionym pubie. O kibicowaniu z trybun nawet nie wspomnę. Ale nie zawsze jest czas i możliwość poświęcenia czasu na obserwowanie zmagań swojej drużyny. Co więc zrobić, aby zawsze być na bieżąco, nawet gdy nie można obejrzeć meczu?

Z pomocą przychodzą smartfony i tablety. A właściwie aplikacje działające na tych urządzeniach. Dzięki nim można trzymać rękę na pulsie i mieć pod kontrolą to, co dzieje się w Ekstraklasie (i nie tylko tam). Oto top 5 darmowych aplikacji na Androida, dzięki którym zawsze będziecie na bieżąco z piłkarskimi rozgrywkami w polskiej lidze.

Sport WP.PL

Ta aplikacja to istne centrum informacji sportowych. Za jej pomocą możecie sprawdzić rezultaty spotkań koszykówki, siatkówki, wyścigów Formuły 1 i nie tylko. Oczywiście nie zabrakło polskiej ligi, a dla naszej Ekstraklasy Sport WP.PL ma przeznaczony cały dział. Aplikacja pokaże ostatnie wyniki, statystyki, tabele. Dzięki niej sprawdzimy terminarz spotkań oraz piłkarskie newsy.

Piłka nożna Wyniki na żywo

Ta aplikacja ucieszy przede wszystkim fanów piłki nożnej. Znajdą oni w niej informacje i wyniki meczów z niemal każdej ligi, nie tylko krajowej. Oczywiście nie zabrakło miejsca dla Ekstraklasy. Aplikacja pokaże nam wynik, skład, statystyki oraz materiały wideo z danych spotkań.

Ekstraklasa.net LIVE!

Nazwa tej aplikacji mówi sama za siebie. Skupia się ona przede wszystkim na prezentowaniu informacji dotyczących polskiej ligi. Nie brakuje jednak również newsów z innych krajów. Aplikacja wyświetla w kompleksowy sposób najważniejsze informacje dotyczące danego spotkania – od wyników i statystyk, po skład, a nawet nazwisko sędziego. Dodatkowo można prześledzić tekstową relację z danego meczu.

LiveSports.pl – wyniki na żywo

Ta aplikacja to istne kompendium sportowych wieści. Oprócz piłki do dyspozycji użytkowników oddano działy z innymi dyscyplinami sportowymi, jak chociażby z koszykówką, tenisem czy hokejem. LiveSports.pl – wyniki na żywo nie tylko wyświetla statystyki danych spotkań, ale również oferuje relacje na żywo oraz śledzenie meczu za pośrednictwem powiadomień. Aplikacja odznacza się dopracowanym wyglądem i intuicyjnym interfejsem. LiveSports.pl – wyniki na żywo pokazuje również informacje dotyczące Ekstraklasy, ale gubią się one nieco w natłoku innych newsów.

CANAL+ SPORT

CANAL+ SPORT to darmowa aplikacja stworzona przez ten kanał telewizyjny. Za jej pomocą również można śledzić polską Ekstraklasę, jak również Primera Division czy Premier League. Aplikacja wyświetla wyniki, tabele, terminarz oraz materiały wideo. Można również sprawdzić, o której i w jaki dzień można obejrzeć dany mecz na jednym z kanałów Canal+.

To oczywiście nie wszystkie aplikacje sportowe, które oferuje Google Play. Jest ich w sklepie całe zatrzęsienie. Jednak fani piłki nożnej w polskim, i nie tylko, wydaniu na pewno znajdą coś dla siebie na powyższej liście.

Korzystasz z innej aplikacji? Napisz nam w komentarzu, z jakiej.

Oryginalne zdjęcie: Stadion Narodowy w Warszawie

Zobacz także:

GG: aktualizacja aplikacji na iPhone’a. Co nowego?

GG to jeden z najpopularniejszych komunikatorów internetowych i mobilnych w Polsce. Choć aplikacja ma obecnie pokaźną konkurencję w postaci chociażby WhatsApp czy Facebook Messenger, to wciąż wiele osób korzysta z uśmiechniętego słoneczka. Dziś użytkownicy GG na iPhone’a otrzymali aktualizację aplikacji do wersji 4.2.

Co znalazło się w ostatniej aktualizacji GG na iOS-a? Oto lista najważniejszych poprawek:

  • Nowe motywy kolorystyczne: zielony, klasyczny, różowy, niebieski i systemowy.
  • Obsługa awatarów w jakości HD.
  • Powiadomienia wyświetlane bezpośrednio w oknie czatu.
  • Wyświetlanie liczby nowych wiadomości w oknie rozmowy.
  • Poprawki stabilności aplikacji.

Aktualizacja GG na iPhone’a miała miejsce dzisiaj. Użytkownicy GG na Androida mogą cieszyć się tymi usprawnieniami już od jakiegoś czasu.

Podobają Wam się te zmiany w GG?

Zobacz także:

Beta WhatsApp wprowadza nową opcję

WhatsApp na Windows Phone znów dostępny!

Nowe trendy: La-La, czyli muzyczne wiadomości

Wygląda na to, że historia ponownie zatacza krąg. No, może nie zupełnie. Niemniej jednak, co starsi z was zapewne pamiętają czasy, gdy wiadomości SMS wchodziły na rynek. Jaki to był szał! Można było wysyłać tekst do innej osoby i prowadzić z nią rozmowę bez potrzeby dzwonienia. Początkowo SMS-y były niezwykle ograniczone zarówno w liczbie znaków, jak i funkcjach. Ale to z czasem zaczęło się zmieniać.

Bo wraz z rozwojem technologii za pomocą SMS-ów można było wysyłać już zdjęcia, filmiki, a liczba znaków się zwiększyła. Życie nie lubi stać w miejscu, więc wraz z upowszechnianiem się smartfonów na rynku pojawiły się komunikatory nowego typu. WhatsApp, Facebook Messenger, LINE i wiele innych. Od tej pory można wysyłać nie tylko tekst czy zdjęcia, ale również lokalizację, wirtualne naklejki, tworzyć grupowe czaty, itp. I wszystko to z wykorzystaniem internetu.

WhatsApp widgetyJednak obecnie obserwujemy zupełnie nowy trend. Trend odchodzenia od rozbudowanych komunikatorów na rzecz prostych i szybkich wiadomości. Jednym z prekursorów była aplikacja Snapchat pozwalająca na wysyłanie samoniszczących się zdjęć (obecnie udostępnia również wideo-czatownie). Niedawno małe zamieszanie wprowadziła aplikacja Yo, która wysyła tylko jeden komunikat: „yo” właśnie. I zdaje się, że na tym nie koniec.

Otóż niedawno do App Store (a już wkrótce do Google Play) trafiła aplikacja La-La. Czym jest? Otóż to kolejny prosty komunikator. W tym jednak przypadku nie wysyłamy tekstu czy zdjęcia, ale kawałek utworu muzycznego. W bazie aplikacji znajdziemy sporą ich listę. Piosenki nawiązują do pewnych treści, jak chociażby utwór „Answer Me” (odpowiedz mi). Idea jest prosta – możemy za pomocą La-La przesłać i odebrać od znajomych fragmenty utworów muzycznych. Co ciekawe, dany kawałek można przesłać również za pomocą SMS-a.

Oczywiście nie znajdziemy każdego utworu w tej aplikacji. Jednak twórcy La-La pracują już nad tym, aby można było samemu wzbogacać ich katalog i personalizować piosenki. Na razie to nie jedyna rzecz, nad którą jeszcze trzeba popracować. La-La ma problemy chociażby z dodawaniem znajomych. Aplikacja ma jednak dopiero 5 dni i wiele jeszcze może się zmienić.

La-La to kolejny przykład na nietuzinkowy komunikator, który skupia się tylko na jednej formie wiadomości. W tym przypadku na wiadomości muzycznej. To zabawny i ciekawie zaimplementowany pomysł. Po co pisać, jak można coś wyśpiewać – oczywiście słowami istniejących piosenek.

W sklepach z aplikacjami pojawia się coraz więcej tego typu komunikatorów. W niemal tym samym czasie wydano aplikację Awkward, za pomocą której można przesyłać krótkie nagrania wideo. Osoba nagrywająca samą siebie może rozmyć obraz, tak aby uniemożliwić identyfikację.

Ten trend na szybkie, anonimowe i krótkie wiadomości coraz szybciej się rozwija. Jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne komunikatory oferujące tego typu funkcjonalności. I zapewne znajdą się chętni do skorzystania z takiej formy komunikacji. Pytanie tylko, czy ten chwilowy wysyp mini-komunikatorów może przerodzić się w długoterminowy trend i zmienić oblicze już istniejących rozwiązań? Trudno powiedzieć. Zapewne twórcy takich aplikacji jak na przykład WhatsApp wezmą pod uwagę nierzadko nowatorskie podejście do wysyłania wiadomości i zaimplementują je w swoich produktach. Nie spodziewałbym się jednak masowego powrotu do mikro-wiadomości. W końcu komunikator jest narzędziem, za pomocą którego się porozumiewamy. Trudno to robić w pełni tylko za pośrednictwem piosenek czy jednowyrazowych komunikatów.

Zobacz także:

Listonic kontra Lista Zakupów – porównanie darmowych aplikacji na Androida

Kto z nas nie robi zakupów? Chyba nie znajdzie się na sali taka osoba. Czy to w małych sklepikach, czy w dużych supermarketach – ruszanie na zakupy bez listy kończy się najczęściej kupowaniem zbędnych produktów. Dawniej spis najpotrzebniejszych rzeczy robiło się na kartce papieru i żmudnie wykreślało się kolejne pozycje. Ale mamy XXI wiek, a w kieszeniach nasze smartfony. Potrzeba nam jeszcze tylko aplikacji.

A tych do robienia list zakupów na Androida nie brakuje. Google Play wręcz jest zalane różnego rodzaju programami służącymi do tego celu. Tylko, który z nich wybrać? Jest to niełatwe pytanie. Postanowiliśmy porównać 2 aplikacje na Androida, które cieszą się dobrymi opiniami użytkowników i sprawdzić, która jest lepsza. Oto w boju o Wasze zainteresowanie: Listonic i Lista Zakupów od Fivefly.

Tworzenie list zakupów

Podstawowym zadaniem aplikacji tego typu jest tworzenie list. I oczywiście każda z nich to robi, choć w nieco odmienny sposób.

Tworzenie list w przypadku Listonic jest bardzo proste. Najpierw nazywamy daną listę, a następnie wpisujemy każdy produkt, który chcemy kupić. Aplikacja podpowiada nam na podstawie pierwszych liter, o jaki produkt może nam chodzić. Dodatkowo na liście pojawiają się ikonki przypisujące kategorie do danych produktów. Można również samemu wybrać daną kategorię ręcznie.

Dodatkowym atutem Listonic jest możliwość sortowania produktów na liście oraz tworzenia notatek. Po za tym aplikacja pozwala na określanie cen danego produktu oraz jego ilości. Listonic wspiera również głosowe dyktowanie listy oraz posiada skaner kodów kreskowych. Jeżeli chodzi o głosowe listy, to aplikacja wykorzystuje do tego technologię Google, więc możemy podyktować jeden produkt na raz, a następnie go wybrać ręcznie z listy podpowiedzi.

Lista Zakupów od Fivefly również posiada szereg rozbudowanych funkcji do robienia list. W aplikacji tej także możemy tworzyć własne listy i wypełniać je produktami. Lista Zakupów wspiera szybkie wybieranie, tworzenie i przypisywanie kategorii, określanie cen i liczby produktów.

W odróżnieniu od Listonic aplikacja ta nie wspiera jednak rozpoznawania mowy. Choć posiada opcję skaneru, to nie jest on wbudowany w samą aplikację. Dodatkowo wiele procesów, jak przypisywanie kategorii, nie jest automatyczne.

Jeżeli więc chodzi o tworzenie list, to w tej kategorii Listonic wydaje się być lepszym rozwiązaniem.

Dodatkowe funkcje

Obecnie aplikacje do tworzenia list zakupów nie skupiają się już tylko na prostym dyktowaniu produktów i ich „odhaczaniu”. Coraz częściej próbują oferować dodatkowe usługi.

Listonic na ten przykład posiada specjalny dział inspiracji kulinarnych, w którym można znaleźć przepis na interesujące danie, a następnie automatycznie zamienić go na listę zakupów. Dodatkowo aplikacja wprowadziła specjalny poradnik z ciekawostkami dotyczącymi produktów z naszej listy zakupów. Na przykład dowiemy się z niego, że piwo będzie nadawać się do picia nawet po katastrofie nuklearnej. Listonic stworzył również opcję kont dla swoich użytkowników, za pośrednictwem których m.in. można podzielić się listą zakupów z wybraną osobą.

Pod tym względem Lista Zakupów od Fivefly wydaje się nieco uboższa. Aplikacja oferuje synchronizację list między użytkownikami, która działa na podstawie zarejestrowanych ID urządzeń. Dzięki temu nie trzeba zakładać nigdzie konta, ale z drugiej strony funkcja ta nie wydaje się do końca intuicyjna.

Poza tym aplikacja oferuje listę produktów, z której można wybierać te, które chce się kupić i stworzyć na ich podstawię listę. Lista Zakupów od Fivefly umożliwia także tworzenie kopii zapasowej list oraz gromadzenie kodów kreskowych. W przypadku tej ostatniej funkcji problemem jest jednak brak wbudowanego skanera w aplikacji.

W zestawieniu dodatkowych funkcji Listonic ma przewagę nad konkurentem. Warto jednak pamiętać, że skupienie się tylko na tworzeniu list wcale nie musi być złe. Nie każdy chce dziesiątków dodatków, które w codziennym użytkowaniu mogą okazać się zbędne.

Wygląd, interfejs i działanie

Pod tym względem Listonic bezspornie wysuwa się na prowadzenie. Zielono-biała szata graficzna, przejrzysty interfejs oparty na gestach i wysuwanych kartach menu – wszystko to ułatwia korzystanie z aplikacji. Nie zabrakło również cieszących oko animacji.

Nieco gorzej jest z płynnością i szybkością działania. Wszystko oczywiście zależy od urządzenia, z którego korzystamy. Jednak animacje i duża ilość dodatkowych funkcji bez wątpienia nieco spowalniają działanie tej aplikacji. Trzeba jednak przyznać, że Listonic działa całkiem znośnie.

Z kolei Lista Zakupów od Fivefly pod tym względem wypada lepiej. Aplikacja działa całkiem szybko. Dużo gorzej jest w warstwie wizualnej. Ciemna kolorystyka, dość przestarzałe graficznie przyciski nawigacyjne i ikony. Do pięknych tej aplikacji zaliczyć nie można.

Jeżeli więc zależy wam na doznaniach estetycznych, to Lista Zakupów od Fivefly raczej wam ich nie zapewni.

Podsumowanie Listonic vs. Lista Zakupów

Generalnie można napisać, że obie te aplikacje spełniają swoje zadanie. I jedna i druga posiadają rozbudowane i nieźle zaprojektowane moduły tworzenia list. Listonic jest tylko nieco bardziej zautomatyzowany.

Pod względem liczby dodatkowych funkcji Listonic wypada lepiej. Inspiracje kuchenne, ciekawostki kulinarne, tworzenie notatek, itp. Z drugiej strony są to funkcje, które niekonieczne są potrzebne w aplikacji do tworzenia list i jeżeli ktoś woli produkt skupiający się tylko na tym, to Lista Zakupów będzie wystarczająca.

Graficzne dopracowanie to mocna strona Listonic. Pod tym względem Lista Zakupów wypada blado.

Podsumowując: Listonic prezentuje się jako narzędzie dużo bardziej dopracowane, z większą liczbą funkcji, intuicyjne i użyteczne. Lista Zakupów od Fivefly w tym zestawieniu wypada gorzej.

Oczywiście, to nie wszystkie aplikacje do robienia list zakupów, jakie można znaleźć w Google Play. Są ich setki i trudno wybrać rzeczywiście najlepszy produkt.

Jeżeli więc znacie aplikację, która według was jest lepsza niż wyżej opisane, podzielcie się nią w komentarzach.

Zobacz także:

Gazeta Wyborcza na Androida została odświeżona!

Jeżeli czytacie Gazetę Wyborczą, to ta wiadomość na pewno Was ucieszy. Aplikacja mobilna Gazety Wyborczej na Androida dostała właśnie potężna aktualizację, która zupełnie ją odmieniła. To, czym od prawie pół roku mogą cieszyć się użytkownicy iOS-a, nareszcie trafiło również na system mobilny od Google’a.

Nowa wersja aplikacji Gazeta Wyborcza na Android o numerze 2.3.0 wprowadza szereg nowych funkcji. Wśród nich znajdziecie:

  • tryb offline,
  • dwa tryby działania aplikacji,
  • dostęp do wydań lokalnych,
  • funkcje dzielenia się treściami,
  • schowek,
  • zupełnie nowy wygląd.

Użytkownicy Gazety Wyborczej bez wątpienia ucieszą się z trybu offline i dwóch modułów wyświetlania treści. W trybie Z Gazety znajdziecie treści prosto z papierowego wydania dziennika, jak również wydania lokalne czy dostęp do tygodników. Jednak za darmo da się wyświetlić tylko niektóre artykuły, za resztę należy zapłacić. W trybie Z ostatniej chwili wyświetlane są newsy ze strony internetowej. Również nowy wygląd aplikacji prezentuje się dobrze i schludnie, umilając korzystanie z niej.

Gazeta Wyborcza do tej pory dostępna była na tablety z Androidem, nowa wersja pozwala na korzystanie z niej również na smartfonach.

Aktualizacja aplikacji to dobry ruch ze strony Wyborczej, gdyż wprowadza ona unifikację wersji mobilnych na różne systemy. Dobrze, że Gazeta Wyborcza w końcu doczekała się nowej wersji, choć trzeba było na nią nieco poczekać.

Zobacz także:

Kontrowersje wokół aplikacji e-food. O co w tym chodzi?

W dobie nowoczesnych technologii, gdy coraz więcej osób korzysta na co dzień ze smartfonów i tabletów, rośnie liczba aplikacji, których celem jest ułatwianie nam życia. Od wszelkiej maści aplikacji do robienia notatek, tworzenia przypomnień, po te pomagające w diecie, zachęcające do fitnessu czy promujące zdrowy tryb życia. Aplikacje nie służą tylko do rozrywki i zabijania czasu, ale nierzadko sprawiają, że nasze życie jest łatwiejsze. Nie inaczej jest z aplikacją e-food.

Czym jest e-food?

Aplikacja e-food stworzona została po to, abyśmy mieli świadomość tego, z czego składa się żywność, którą na co dzień kupujemy. Jest ona podręczną encyklopedią wyjaśniającą pochodzenie i znaczenie dodatków do żywności, które zazwyczaj kryją się pod tajemniczymi znakami E-100, E200, itp. Niemal każdy produkt, który kupujemy w sklepie, zawiera te składniki, a e-food pozwala je nam błyskawicznie rozszyfrować.

Robi to za pomocą specjalnej wyszukiwarki, w której można wpisać konkretne oznaczenie. Aplikacja umożliwia również skanowanie kodów kreskowych produktów i na ich podstawie wyświetla dodatki, jakie są w nich zawarte. Choć na razie w bazie aplikacji nie ma ich zbyt dużo, to bez wątpienia pojawiać się będzie ich coraz więcej.

Kontrowersje

Ta łatwa możliwość sprawdzenia, co zawiera wybrany produkt, zaniepokoiła Polską Federację Producentów Żywności, która uznała, że e-food nie tylko wprowadza użytkowników w błąd, ale również godzi w dobre imię producentów żywności. Część uwag, jak przyznają sami twórcy aplikacji, jest zasadna i e-food wprowadzi merytoryczne poprawki do swojej bazy symboli. Oczywiście z drugim zarzutem twórcy się zupełnie nie zgadzają.

Jednak czy e-food naprawdę można uznać za aplikację, której celem jest godzenie w interesy żywności? Zapytaliśmy kulinarną blogerkę, Kamilę Jankowską z serwisu smakowite.com, czy korzysta z tej aplikacji i co o niej sądzi. Okazuje się, że nasza rozmówczyni korzysta z e-food od kilku miesięcy, a robi to po to, by mieć większą świadomość tego, co kupuje i czy jest to zdrowe.

Z czym to się je?

I jest to właśnie główny aspekt charakteryzujący e-food. Aplikacja ta umożliwia nam świadomy wybór. Nawet jeżeli istnieją pewne błędy merytoryczne w spisie składników prezentowanych przez e-food, to trudno odmówić tej aplikacji aspektu edukacyjnego. Chyba większość z nas chce wiedzieć, z czego składa się produkt, który właśnie kupujemy, i czy jego spożycie niesie jakieś zagrożenia dla naszego zdrowia lub samopoczucia. Dzięki e-food możemy szybko sprawdzić, co kryje się pod dodatkami z kategorii E.

Nie zmienienia to jednak faktu, że to przecież wciąż od nas zależy, czy zdecydujemy się na taki czy inny produkt. To co robi e-food, to po prostu w łatwy i szybki sposób dostarcza informacji o składzie pożywienia. I uwaga – nie są to ściśle tajne dane. Każdy sam może sobie „wygooglać” dany składnik. E-food po prostu robi to szybciej.

Jeżeli chcecie sprawdzić, jak działa e-food, to aplikacja dostępna jest na Androida oraz iOS.

Zobacz także:

Nowe trendy: powiedz Yo swoim znajomym

Uniwersum mobilnych aplikacji zdaje się nie mieć końca. W sklepach dla systemów Android, iOS czy Windows Phone znajdziemy miliony różnego typu gier i aplikacji. Od przydatnych po bezużyteczne. Od gier po aplikacje biurowe. Wybór jest przeogromny. Czasami jednak pojawiają się takie produkcje, które właściwie nie wiadomo do czego mają służyć, a jednak stają się hitami. Tak jest z aplikacją o wdzięcznej i mało mówiącej nazwie Yo.

Yo można zakwalifikować jako aplikację do komunikacji. Jednak jeżeli oczekujecie, że za jej pomocą będziecie mogli wysyłać wiadomości tekstowe, zdjęcia czy swoją lokalizację, to się srogo zawiedziecie. Yo nie ma wiele wspólnego z GG, WhatsApp czy LINE. Mimo to stało się całkiem sporym hitem, choć nie wiadomo, jak długo gwiazda tej aplikacji będzie jasno świecić.

yo yo

No dobrze, ale co właściwie robi Yo? Aplikacja ta wysyła prostą wiadomość do znajomych o treści: „yo”. I to właściwie tyle. Nie, nie przesłyszeliście się. Yo nie potrafi nic więcej. Co ważne, Yo nie posiada klasycznego okna czatu – wiadomość pojawia się w formie powiadomienia na ekranie telefonu.

Jak z tego korzystać? Na początku należy udostępnić aplikacji część naszych osobistych informacji, czy to w postaci dostępu do Facebooka, czy też kontaktów. Na tej podstawie Yo wyszukuje naszych znajomych, którzy również posiadają w swoich telefonach tę aplikację. Następnie wystarczy wybrać jedną z tych osób i kliknąć jej nick. Aplikacja poślę jej „yo”, a osoba ta może owe „yo” nam odesłać. Dodatkową funkcją jest zliczanie liczby otrzymanych „yo” od naszych znajomych.

No dobrze, ale dla kogo przeznaczona jest ta aplikacja? Dobre pytanie. Otóż pozornie Yo nic nie robi. Jednak owe „yo” może znaczyć wszystko i nic. Wszystko zależy od odbiorcy wiadomości. Może to być zakrzyknięcie: „co tam u ciebie?”, „jak się masz?” lub po prostu „yo”. Taka smartfonowa zaczepka.

yo yo

Minimalizm tej aplikacji jest tak ogromny, że początkowo App Store wręcz odrzucił Yo, uznając, że jest to produkt niekompletny. Niemniej jednak w owym minimalizmie może tkwić potencjał, w co wierzą inwestorzy, którzy postanowili dofinansować rozwój Yo kwotą miliona dolarów.

Oczywiście Yo to nie jedyna aplikacja, która robi właściwie nic. Jeszcze mniej oferuje swoim użytkownikom aplikacja Nothing, która właściwie wyświetla po prostu napis „Nic”. Jest to oczywiście żart ze strony jej twórców, którzy nie tylko stworzyli aplikację o niczym, to jeszcze chcą coś za nią dostać, gdyż sprzedają ją za niecałego dolara w App Store.

Trudno pojąć, dlaczego Yo stało się tak szybko popularne. Jej ograniczona funkcjonalność może być wadą, ale również zaletą. Jeżeli nie mamy ochoty na długie rozmowy, a jedynie chcemy kogoś zaczepić, to Yo się do tego nadaje. Przy okazji sam poziom absurdalności tej aplikacji napędza jej popularność. Yo nie będzie raczej produktem, który przetrwa próbę czasu i zapewne szybko się znudzi. Jednak możliwe, że zostanie przekształcony w coś zupełnie innego, bardziej rozbudowanego, ale zachowującego charakterystyczny dla siebie minimalizm.

Szczęśliwie Yo jest darmowe, więc jeżeli macie ochotę wypróbować tę aplikację i uraczyć swoich znajomych treściwym i soczystym „yo”, to nie wydacie na to ani złotówki.

Yo możecie pobrać zarówno na systemy Android, iOS, jak i na Windows Phone.

Zobacz także: